niedziela, 11 września 2016

15. godzin z Mekele do Addis

20 stycznia 2016 r.

Hotel opuściliśmy o 04.00 budząc portiera i odźwiernego. Była jeszcze ciemna noc i na mieście całkowita pustka. Na szczęście do biura Selam Busa było niedaleko. Oczywiście odjazd o 04.30 to mistyfikacja. Wyjechaliśmy bowiem ok. 06.00. Tego ranka odjeżdżały dwa autokary naszego przewoźnika. My mieliśmy jechać w drugim pojeździe, który nie był pełny. Trochę też nas dziwiło, że w dzień świąteczny było aż tylu chętnych na długą podróż z Mekele do stolicy ze jechały dwa autokary Selama i jeszcze Sky. Autobus był chiński i wyglądał na całkiem nowy. Jednak przy bliższym kontakcie okazało się, że jest już całkiem podniszczony wewnątrz. Toaleta była zamknięta i kierowca robił przystanki na siusiu. Klasycznie, panowie na prawo, panie na lewo. Gdy się przejaśniło szybko zrozumieliśmy dlaczego w Etiopii obowiązuje formalnie zakaz jazdy w nocy dla autobusów i minibusów. Ilość pieszych, wolnobieżnych zawalidróg i wszelkiego autoramentu zwierzyny w różnym rozmiarze stanowi naprawdę bardzo duże zagrożenie. W autobusie wydawano pasażerom butelkowaną wodę i drobna przekąskę.

Po kilku godzinach jazdy kierowca zatrzymał się na lunch. My nie czuliśmy się zbyt tęgo więc zamówiliśmy tylko po coli na głowę i shiro z injerą na spółkę. Tego typu przybytki są jednakowe na całym świecie. Autobus zatrzymuje się najczęściej w środku niczego, gdzie mieści się jadłodajnia, czasem połączona z noclegownią, w której pozornie strach usiąść z obawy przed przylepieniem się do ławki lub krzesła. Jednak gdy już gdzieś znajdziemy sobie miejsce zazwyczaj okaże się, że jedzenie jest całkiem znośne, a i stan higieniczny nie zabija. Bardzo duży ruch niewątpliwie powoduje, że jedzenie jest świeże. Lepiej jednak nie zaglądać tam, gdzie zmywa się naczynia. Cola pomogła na dolegliwości żołądkowe, które niewątpliwie miały podłoże lokomocyjne wzmocnione stopniem pokręcenia górskiej drogi (ponownie bowiem droga wiodła górskimi serpentynami i autobus większość czasu jechał w skręcie). Ergo po odjeździe z zajazdu szybko zgłodnieliśmy, ale było już za późno na zamówienie drugiej porcji shiro. Na drugi postój z jedzeniem bowiem się nie zanosiło.
Był drugi dzień Timkatu. W każdej wiosce odbywały się uroczyste procesje. Mniejsze ustępowały drogi autobusowi. Przed większymi autobus musiał uciekać wjeżdżając do wiosek i przysiółków. Wiązało się to z przeciskaniem się wąskimi uliczkami i podnoszeniem zbyt nisko wiszących linii energetycznych... Procesje bowiem zawsze odbywały się na środku drogi. Sposób świętowania był co do zasady podobny do tego, co widzieliśmy wczoraj w Mekele.

Timkat z okna autobusu Mekele-Addis

Wycieńczeni dotarliśmy do Addis już ciemną nocą. Autobus kończył bieg na Meskel Square. Mieliśmy rezerwację w słynnym wśród beckpakersow Iteque Taitu Hotel. Dwójka z łazienką w bocznym budynku kosztowała 20$. Najpierw jednak musieliśmy odbyć tradycyjne „gody” z taksówkarzami i ich pomagierami. Z Meskel Square do Pizza i naszego hotelu jest tylko i aż 3,5 km. Za daleko na przechadzkę w nocy z plecakami. Można próbować złapać minibus, ale o tej porze mogły już nie kursować zbyt często. Poza tym w minibusach w Addis zawsze jest pełno pasażerów a my byliśmy z dużymi plecakami. Taksówki w Addis są bardzo drogie. Szczególnie dla faranji i zwłaszcza w nocy na końcowym przystanku dalekobieżnego autobusu. Krótko mówiąc można się nieco zezłościć usłyszawszy cenę na poziomie 300 Birr i bezczelne twierdzenie że to jest bardzo daleko. Gdy mówimy, że wiemy, że jest to bardzo blisko słyszymy, że droga bardzo trudna. I tak w koło Macieju. BTW warto jest zamontować do telefonu on-the-road albo inna podobną mapę. Ostatecznie stanęło na 70 Birr.

Iteque Taitu Hotel ok. rok temu częściowo spłonął i nie wszystkie pokoje są naprawione. Pokój bez łazienki kosztuje 10$, z łazienką w „nowym” budynku 20$. Pokój z łazienką w głównym budynku to wydatek 40$. Ten ostatni różni się od poprzedniego wyłącznie umiejscowieniem i rozmiarem. Jest istotnie większy, ma telewizor i coś w rodzaju części wypoczynkowej. Wiek wyposażenia i ogólny standard był podobny. Telewizji nie planowaliśmy oglądać. Podobnie nie zamierzaliśmy spędzać czasu w hotelu. Chcieliśmy się tylko umyć, wyspać i następnego dnia jechać w kierunku Hararu. Wybraliśmy wersję za 20$. Resztę sił tego wieczoru spożytkowaliśmy na poszukiwanie restauracji. W pierwszej, tuż koło hotelu zjedliśmy pizzę. Skończyliśmy kolację w restauracji Wutma. Nasz top choice w okolicy. Jedzenie bardzo dobre. Także wersji śniadaniowej. Mają lane piwo, co jest dla mnie ważne . Czasem można też zerknąć sobie na miejscowe panie nieco lżejszych obyczajów w wersji de luxe.

Każdy kto będzie w Addis Ababie powinien przyjść do hotelu Itegue Taitu. Chociażby dla zapachu starego drewnianego budynku, aby przecisnąć się przez antyczne obrotowe drzwi, obejrzeć piękne schody na piętro, poczuć i usłyszeć jak pracuje starożytna drewniana podłoga i napić się czegoś w restauracji - nawet jeśli mieszka w Hiltonie, który nota bene też jest pięknym budynkiem w stylu modernistycznym. Iteque Taitu Hotel jest podobno najstarszym hotelem w mieście i został wybudowany na polecenie żony cesarza Menelika II - Taytu Betul. Choć nie grzeszy on nadmiarem luksusu niewątpliwie ma swój urok. Będzie to tym łatwiejsze że w tym samym budynku znajduje się biuro firmy Sky Bus. Nasze przewodniki sytuują jego klasę i koszt pobytu na granicy budget i shoestring. Naszym zdaniem jest to jedna z ciekawszych atrakcji stolicy.

Co do naszego pokoju, to: pościel czysta, choć nie w europejskim rozumieniu, pokój posprzątany, choć ostatni remont był tu chyba za czasów Najjaśniejszego Pana, stan sprzętów - jak w rupieciarni, armatura w łazience (z wanną) przedpotopowa, ale po kilku minutach ciurkania pojawiła się ciepła woda. Czyli wszystko w najlepszym porządku. Istotnym minusem był limitowany darmowy dostęp do Wi-Fi. Może trzeba było się pofatygować do recepcji po więcej. Nam się jednak chciało tylko spać. Było więc super.




niedziela, 3 kwietnia 2016

Timkat w Mekele


19 stycznia 2016r.

Rankiem opuściliśmy nasz hotel i poszliśmy szukać lokalu na pożegnalne śniadanie w Wukro. Chcieliśmy usiąść gdzieś na zewnątrz, napić się kawy, skosztować jeszcze soków i zjeść np. shiro albo ful. Z napojami nie było problemu, ale tam gdzie serwowano pyszne soki można było zjeść tylko american style donuats. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Na dworcu panowało zwyczajowe zamieszanie. Znaleźliśmy busik jadący do Mekele. Jest ich bardzo dużo. Mekele to duże miasto, położone relatywnie niedaleko, bo tylko ok. 45 km, od Wukro. Najpierw musieliśmy odbyć zwyczajowy targ-kłutnię co do ceny biletów za człowieki i all together with our beckpacks. Droga zajmuje ok. 1 godzinę. Nowy dworzec w Mekele znajduje się nieco poza miastem. W związku z tym konieczne było wynajęcie bajaja na dojazd do naszego hotelu za ok. 40 Birr. Był to Moringa Hotel za 400 Birr za dwójkę z łazienką i śniadaniem. Cenę udało nam się obniżyć z 450 Birr. Ze śniadania, jak się później okazało, nie było nam dane skorzystać. Powodem był czas odjazdu autobusu do Addis - 04.30 nad ranem. W czasie naszego pobytu Moringa Hotel był ukończony do pierwszego piętra włącznie. Na wyższych kondygnacjach, stanowiących tylko betonowy szkielet, trwały regularne prace budowlane. Jest to typowy widok dla Etiopii. Agnieszka podejrzewała też, że była tu możliwość skorzystania z taryfy godzinowej. Ja jednak nie zauważyłem żadnych przedstawicielek najstarszego zawodu na świecie. Przy okazji wypada wspomnieć, że stosunki homoseksualne są tu nielegalne i surowo karane.

Mekele to duże miasto. Znajdziemy tu wszystko co potrzeba. Są nawet sklepy samoobsługowe, choć ze skromnym zaopatrzeniem. Sky Bus i Selam utrzymują stałe połączenia do Addis. Jest też lotnisko. Przebieżkę po mieście zaczęliśmy od wizyty w biurach Selam Busa i Sky Busa. Pilnie potrzebowaliśmy biletów do Addis na następny dzień. Selam miał bilety po 490 Birr i „odjazd” był planowany na 04.30, zaś orientacyjny czas przejazdu to tylko 15. godzin. Sky już wyprzedał wszystkie bilety. Kolejno poszliśmy do biura Ethiopian Airlines. Bilety ze zniżką do Addis kosztowały po ok. 85$. W ich miejsce kupiliśmy tańsze bilety na połączenie lotnicze z Addis Ababy do Dire Dawa (ok. 30 km od Harraru) na pojutrze. Kosztowały po 63$. Z biletami lotniczymi pobiegliśmy z powrotem do biura Selam Busa po bilety autobusowe mając nadzieję, że jeszcze będą dostępne. Całe szczęście były. Sprzedał nam je przeuroczy jegomość, któremu drugi raz tego dnia zakłóciliśmy ostentacyjne dłubanie w nosie w pustawym biurze.

Mekele było kiedyś stolicą państwa. Było to za panowania cesarza Yohannesa IV (lata 70. i 80. XIX wieku). Jest tu i w okolicy kilka atrakcji turystycznych, ale nic na tyle ważnego, aby nas tego dnia zaintrygować. Bardziej interesowało nas, co się wydarzy w związku z Timkatem.

Timkat zastał nas, gdy siedzieliśmy spokojnie w kawiarni przy jednej z głównych ulic. Z daleka wyglądało to jak regularne zamieszki. Tłum ludzi szedł powoli całą szerokością jezdni podskakując w rytmie bębnów, trąbek albo śpiewów i klaskania. Gdy pochód zbliżył się ujawnił swoje pokojowe i świąteczne nastawienie. Procesja nie była jednolita. Dzieliła się na mniejsze grupki z własnymi przodownikami i muzykantami. Każda grała, śpiewała, tańczyła i podskakiwała na własny sposób. Łączył je tylko kierunek marszu i wychwalanie Pana. W tej ciżbie poruszało się także kilka baldachimów pod którymi księża nieśli emblematy religijne. Baldachimy były zaś poprzedzone ekipami żwawo rozwijającymi dywan dla księdza niosącego krzyż, obraz albo kopię arki przymierza. Na końcu inna ekipa równie energicznie zwijała i przenosiła dywan. Całe przedsięwzięcie trochę przypominało procesję na Boże Ciało. Było to jednak dużo bardziej żywiołowe, barwne i radosne. Stopnień rozradowania uczestników można porównać do cotygodniowych pochodów zespołów bębniarzy i tancerzy ulicami starego miasta w Salvadorze da Bahia. Tłum zmierzał w kierunku czegoś w rodzaju łąki, gdzie ustawiony był ołtarz, wybudowano tam też basen do rytualnej ablucji ze spryskiwaczami. Czekaliśmy cierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Tego dnia już nic ciekawego się nie wydarzyło. Poszliśmy więc do hotelu. Jutro musieliśmy wstać o morderczej porze, aby zdążyć na Selam Busa.




Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.







Moringa Hotel w Mekele.




sobota, 13 lutego 2016

Habishat

16-18 stycznia 2016 r.

Rano 16 stycznia 2016 r. pojechaliśmy tuktukiem na dworzec w Aksum. Tam okazało się, że sprzyja nam szczęście i możemy pojechać do Wukro bezpośrednio autobusikiem turystycznym. Uzgodniliśmy cenę na poziomie 350 Birr za nas oboje. Przy obwodnicy miasta wsiedliśmy do luksusowego i pustego autobusu. Wówczas wywiązała się kłótnia między naszym kierowcą tuktuka, panem który na dworcu „sprzedał” informację o autobusie jadącym do Mekele i kierowcą autobusu. Sprawa dotyczyła sposobu rozliczenia między nimi naszych pieniędzy za przejazd. Cała afera skończyła się dla nas dobrze. Pieniądze daliśmy panu kierowcy, jak się później okazało, bardzo sympatycznemu. Ten zapłacił pośrednikom wedle swojego uznania. My byliśmy zadowoleni z bezpośredniego i wygodnego transportu do Wukro. Cena też była dobra uwzględniając odległość i fakt, że w przypadku transportu publicznego konieczna była przesiadka, a najprawdopodobniej dwie.

Droga z Aksum do Wukro, a w szczególności odcinek do Adigratu jest przepiękny. Po drodze mija się stanowisko archeologiczne w Yeha i skrzyżowanie z szosą do Debre Damo. Krajobrazy są bardzo podobne do tych, jakie można zobaczyć np. w Arizonie albo Utah. Skojarzenia do Monument Valley nasuwają się od razu. Nieustanne zakrętasy i przepaście mogą też mrozić krew w żyłach albo powodować chorobę lokomocyjną.

Widoki po drodze z Aksum do Adigratu.
Dzień targowy w górskiej wiosce pomiędzy Aksum i Adigratem.

Około godziny 14. przyjechaliśmy do Wukro. Kierowca podwiózł nas pod drzwi naszego hotelu. Zarezerwowaliśmy pokój za 300 Birr za noc bez śniadania w Dibora Hotel. Hotel co prawda nie miał klasycznej recepcji i musieliśmy się zgłosić z naszą rezerwacją do pani kelnerki w restauracji na dole, ale był to pomijalny szczegół zwłaszcza, że przydzielony nam pokój był bardzo dobry. Tego dnia hotel był nieco opustoszały. Wszystko wskazywało, że jesteśmy jedynymi gośćmi. Prąd też wyszedł na spacer. Jak się później okazało w Wukro braki zasilania zdarzały się codziennie od rana aż do zmroku. Nam to zbytnio nie przeszkadzało, ale np., restauracje i sklepy niewątpliwie miały utrudnione życie. Przez to za dnia nie można było dostać dań, które są przyrządzane na elektrycznych sprzętach. Kawa była dostępna, ale tylko w wersji tradycyjnej, bo przygotowuje się ją na węglu drzewnym. Kawa z ekspresu, który jest w każdej, nawet najnędzniejszej etiopskiej spelunie, nie była dostępna za dnia.

Po rozpakowaniu niezbędnych rzeczy poszliśmy na pierwszy obchód Wukro. Tego dnia chcieliśmy jeszcze zobaczyć położony na obrzeżach miasteczka Wukro Cherkos, zapoznać się z dworcem autobusowym i znaleźć biuro informacji turystycznej.

Wukro to rozrośnięta wioska, która wzdłuż szerokiej głównej ulicy chciałaby już być miastem, ale przy bocznych nieutwardzonych uliczkach zdecydowanie jest jeszcze w trakcie planowania i ospałej budowy. Nie ma w tym miejscu żadnego uroku materialnego (oprócz kościoła) i prawdopodobnie próżno byłoby szukać Wukro w ofertach klasycznych biur wycieczkowych. Jest tu jednak sporo romantyzmu zagubionej osady na końcu etiopskiego świata. Można też powiedzieć, że jest to twór przypominający nieco westernowe miasteczko z dzikiego zachodu. Z okien naszego pokoju hotelowego widać było koniec miasta i rozległą prawdopodobnie półpustynię aż po horyzont. W dniu naszego przyjazdu, takie miałem odczucie, byliśmy jedynymi bladymi twarzami w okolicy.



Wukro, kilka przecznic od głównej drogi. Widok z naszego hotelu.

Wukro. Główna ulica.

Pierwsza nasza myśl była taka, że obejrzymy jedynie Wukro Cherkos i czym prędzej, już następnego dnia rano, rezygnując z odwiedzenia innych kościołów w okolicy, wyjedziemy do Mekele. Każdy, kto tu przyjedzie musi mieć bowiem świadomość, że nie ma tu zasiedziałych białych ludzi, a turyści pojawiają się rzadko. Większość z nich korzysta z drogich wycieczek organizowanych w Mekele, Adigradzie albo w Aksum. Z tego powodu podczas przechadzki stanowiliśmy lokalną atrakcję i towarzyszyły nam okrzyki „you, you” albo „faranji”. Trzeba mieć tego świadomość i zaakceptować, przyjechać z touroperatorem albo nie przyjeżdżać tu w ogóle. My wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. Myślimy też, że było to najlepsze wyjście. Warto w takim wypadku nauczyć się słówka „habishat”, które skutecznie ucisza w szczególności dzieciaki albo próbować wejść z humorem z takim krzykaczem w określoną interakcję, np. także wytykać go „you, you” lub wystawić rękę domagając się z uśmiechem pieniędzy.

Wukro Cherkos to najłatwiej dostępny z wszystkich rock hewn churches w Tigray. Kościółek już z zewnątrz wygląda bardzo interesująco. W większości wykuto go z jednej skały i tylko nieznaczna część została tradycyjnie nadbudowana. Wewnątrz znajdują się ciekawe freski. Niestety ich urody i znaczenia w większości trzeba się domyślać, gdyż znajdują się w tragicznym stanie. W tutejszych kościołach po raz kolejny jak na dłoni widać, że Etiopia nie dba o zachowanie swojego dziedzictwa i źródła przychodu. Naszym zdaniem jeszcze kilka lat takich rządów i w Tigray nie będzie już kościołów z freskami. Sprawa wygląda podobnie jak z freskami w Ajancie (Maharashtra), które przetrwały przez ponad tysiąc lat i uległy szybkiemu zniszczeniu niedługo po ich odkryciu w 1839 roku, gdy największe szkody powodowali pierwsi kolonialni turyści z pochodniami. Obecnie są tam widoczne tylko szczątkowe freski w dwóch chyba świątyniach-jaskiniach. Wracając do Tigray trzeba przyznać, że Wukro Cherkos jest bardzo piękny. Nocując w Wukro albo nawet mając choćby dwie godziny postoju warto zobaczyć to cudo. Po powrocie do miasteczka poszliśmy do restauracji. Nadal nie było prądu, co znacznie ograniczyło zakres dostępnych dań z karty. Agnieszka nie mogła zamówić pizzy... Ja otrzymałem swoje zamówienie, czyli injerę z injerą (fasting firfir). Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Po pewnym czasie przysiadł się do nas właściciel restauracji. Efekt był taki, że po kolacji zostaliśmy zaproszeni do czegoś w rodzaju prywatnego VIP-room, gdzie młoda i piękna żona pana właściciela, nieco przymuszona przez spragnionego kontaktu z faranji męża, takie odniosłem wrażenie, urządziła nam coffee ceremony. Do hotelu dotarliśmy późną i ciemną nocą, która zaczyna się tu ok. 19.00 (13.00 czasu liczonego na sposób etiopski), już w dużo lepszych nastrojach, także co do dnia następnego. W drodze do hotelu samozwańczo asystował nam jakiś chłopiec, który tak bardzo chciał zostać nazajutrz naszym przewodnikiem, że zdołaliśmy się z nim rozstać prawie siłowo dopiero pod drzwiami naszego pokoju. Trochę się martwiłem, że będzie na nas czekał jutro rano przed hotelem. Całe szczęście nie czekał.

Wokro Cherkos. Ksiądz z parafianinem.
Wukro Cherkos.

17 stycznia 2016 r.

Wstęp do każdego kościółka w Tigray to spory wydatek - 150 Birr za osobę. Do tego ksiądz, o ile go znajdziemy, zazwyczaj będzie oczekiwał jeszcze dodatkowej opłaty na usługę klucza i za asystę przy zwiedzaniu kościoła. Między innymi z tego powodu warto z góry zaplanować, które kościoły w Tigray nas interesują. Wszystkich, a jest ich tu bardzo dużo, z jednej strony nie ma sensu oglądać, a z drugiej strony nie wystarczyłoby na to czasu podczas kilku pobytów w Etiopii. Dojście do wielu kościołów wymaga dobrej kondycji i sprawności fizycznej. Dodatkowo w praktyce nie istnieją żadne czytelne oznaczenia dróg prowadzących do zabytków. Zazwyczaj, aby osiągnąć cel trzeba odbyć rodzaj wycieczki górskiej. Czasem trasa jest bardzo trudna, chwilami bywa nawet niebezpieczna. Jest tak np. w przypadku Abuna Yemata Guh. Po lekturze przewodnika i konsultacji z Yemene, o którym będzie poniżej, Agnieszka, choć niejedno już widziała, stwierdziła, że do tego kościoła za żadne skarby świata się nie wybiera.

Z tego powodu pierwotnie założyliśmy, że zwiedzimy, oprócz Wukro Cherkos, tylko trzy kościoły położone najbliżej Wukro, czyli Mikael Milhaizengi, Petros we Paulos i Medhane Alem Kesho. Wszystkie trzy znajdują się w tzw. Takatisfi Cluster i co do zasady można je zwiedzić jednego dnia dojeżdżając do wioski komunikacją publiczną i atakując je „z buta”.

Poprzedniego dnia próbowaliśmy odnaleźć w Wukro biuro informacji turystycznej, ale bez powodzenia. Zostało ono przeniesione do nowego budynku muzeum. Tam zaś nie chciało nam się iść. Woleliśmy zwiedzić kościół. Co ciekawe, gdy wymienialiśmy w banku pieniądze kasjer, który nas obsługiwał podał nam telefon do niejakiego Yemene – swojego znajomego i rzekomo pracownika biura informacji turystycznej. Nie przywiązaliśmy wówczas większej wagi to tej informacji i nie zadzwoniliśmy.

We wszystkich naszych przewodnikach autorzy zawarli bardzo niepokojące informacje odnośnie samotnego zwiedzania kościołów w prowincji Tigray. Głównym „zagrożeniem” ma być wioskowa dziatwa, która ma napastować białasków domagając się mamony, długopisów, względnie cukierków. Jak już wspominaliśmy mieliśmy cukierki. Podobno miały się też zdarzać obrzucania kamieniami ludzi, którzy nie zadośćuczynili takim roszczeniom. Ergo, przewodniki doradzają wynajęcie lokalnego przewodnika, jako gwarancji bezpieczeństwa.

Z tego powodu planowaliśmy umówić się z jakimś chłopcem na miejscu, aby przespacerował się z nami po okolicy. Na dworcu w Wukro znaleźliśmy minibus jadący do Adigratu, którym chcieliśmy dojechać do wioski Dinglet. Wówczas przyplątał się do nas jakiś chłopak, który mienił się „przewodnikiem” i zaoferował swoje usługi. Za całą wycieczkę z nami zażądał 200 Birrów. Stargowaliśmy do 100. Jeszcze w Wukro nasz przewodnik wysiadł i poinformował nas, że teraz zajmie się nami jego przyjaciel, który nie pytając nas o zdanie usadowił się w busiku i już na wstępie stwierdził, że nasz plan zwiedzenia trzech kościołów w Takatisfi Cluster to bardzo dużo chodzenia i zaproponował cenę 250 Birrów za usługę. Nie zgodziliśmy się na podwyższoną cenę. Mimo tego chłopak nie wysiadł z busa. Dodatkowo okoliczności wskazywały, że płacimy też za bilet naszego przewodnika. Po protestach odzyskałem 10 Birr za jeden bilet. Zadziwiające jest przekonanie lokalsów, że faranji nie potrafią liczyć do stu i z ochotą zapłacą za co drugiego pasażera.

Po około 20 minutach jazdy wysiedliśmy z busika i poszliśmy polną drogą w kierunku wzgórz i kryjącego się gdzieś kościoła Medhane Alem Kesho. Szybko okazało się, całe szczęście, że narzucony nam przewodnik jest bardzo fajnym i ciekawym człowiekiem. Jakimś cudem był to ten sam Yemene, którego rekomendowano nam wczoraj w banku. Rzeczywiście był on pracownikiem muzeum i biura informacji turystycznej.

Droga do Medhane Alem Kesho zajmuje ok. 40 minut wolnym krokiem. Szliśmy przez pola i wśród z rzadka rozrzuconych domów. Była susza i nie widać było żadnych upraw. Wprost nieprawdopodobne wydawało się wyżywienie zwierząt gospodarskich, nie mówiąc o ludziach. Końcówka szlaku okazała się być całkiem stromym podejściem na krawędź klifu, gdzie ukrywał się nowy kościółek. Z urwiska roztaczał się piękny panoramiczny widok na okolicę. Położony nieco dalej prawdziwy Medhane Alem Kesho jest malutki i bardzo stary. Podobno jest to najstarszy lub jeden z najstarszych skalnych kościołów w Tigray. Żaden z naszych przewodników jednak go nie datował. Skoro jednak sąsiednia świątynia podobno pochodzi z VIII w. n. e., to ta budowla nie może być młodsza. W środku nie ma malowideł. Są tylko płaskorzeźby. Ksiądz, który dwoma patykami na sznurku otworzył nam drzwi zabezpieczone tajemniczym zamkiem, w środku zapalił osadzony na długim kiju kaganek, abyśmy mogli cokolwiek zobaczyć w ciemności wnętrza. Za kościołem (trzeba obejść mur zewnętrzny z lewej strony) jest źródło z podobno cudowną leczniczą wodą. Ścieżka do źródełka wiedzie nas bezpośrednio nad bardzo wysokim urwiskiem, ale na szczęście roślinność zasłania widok i chroni od ewentualnej palpitacji serca. Kościół i okolica to oazy spokoju, naturalnego piękna i nastroju. Wioska u podstawy klifu jest żywcem przeniesiona co najwyżej z XIX wieku. Potrafi urzec i zasmucić jednocześnie. Przykre wrażenie robi, gdy widzimy jak żyją i pracują tu dzieci. Dla sprawiedliwości trzeba jednak odnotować, że po drodze mijaliśmy całkiem sensownie wyglądającą szkołę.

Niestety nie udało nam się zobaczyć dwóch pozostałych kościółków położonych w Takatisfi Cluster. Obaj księża byli nieobecni. Widać zajmowali się bardziej utylitarnymi czynnościami albo wizytowali duszpastersko kolegów z innych parafii i ich rodziny. W związku z tym przeszliśmy się po okolicy oglądając z daleka Petros We Paulos i Mikael Milhaizengi, a w tym imponującą drabinę, która prowadzi do tego ostatniego po pionowym klifie.

Do Wukro wróciliśmy późnym popołudniem autobusem publicznym, który złapaliśmy na drodze z Adigratu do Wukro. Resztę dnia spędziliśmy na kolacji i przy piwie z Yemene. Postanowiliśmy, że zostajemy w Wukro i następnego dnia razem pojedziemy do położonego w Gheralta Cluster Abuna Abraham Debre Tsion. Umówiliśmy się na telefon o szóstej rano i spotkanie na dworcu pół godziny później. Yemene chciał 200 Birr za jutrzejszą wycieczkę z nami. Dostawa prądu została wznowiona, ale nie mogliśmy się połączyć z internetem. Nie pozostało nam nic innego jak pójść spać.

Medhane Alem Kesho.

Medhane Alem Kesho. Otwieranie zamka.

Medhane Alem Kesho. Widok z klifu na północny zachód.

Postrach autorów naszych przewodników. No po prostu strach się bać.

18 stycznia 2016 r.

Rano zeszliśmy na zamówione dzień wcześniej śniadanie i zaczęły się kłopoty. Na śniadanie czekaliśmy 40 minut i nie obyło się bez ponaglania pana właściciela i jego personelu. Yemene nie odbierał telefonu. Gdy dzień wcześniej żegnaliśmy się on został jeszcze w restauracji u nas w hotelu i podrywał najładniejszą kelnerkę. Wszystko wskazywało, że będziemy musieli sobie radzić sami.

Gdy zbliżaliśmy się do dworca Yemene oddzwonił. Jego głos wskazywał, że nie wie nawet jaki jest rok, nie mówiąc o naszym planie na dzień dzisiejszy. Mimo tego po kilku minutach pojawił się i pojechaliśmy we trójkę następnym autobusem ok. 07.30. Ten pojazd też odpalał tylko na popych. Po około godzinie wysiedliśmy w wiosce Dugem. Tam zaczyna się „szlak” do Abuna Abraham Debre Tsion. Trzeba tu dotrzeć najwcześniej jak to możliwe, gdyż autobusy jeżdżą rzadko i może się zdarzyć, że po południu będziemy mieli problemy z powrotem. Abuna Abraham Debre Tsion jest w liturgicznym użytku, podobnie jak pozostałe tutejsze rock hevn churches, tylko od baaardzo wielkiego święta, co oznacza, że przed przyjazdem wypada sprawdzić, czy ksiądz jest w okolicy.

Droga z wioski i wdrapanie się na płaskowyż zajmuje nie mniej niż godzinę. Gdy zbliżamy się do góry wygląda ona imponująco i niedostępnie. Jednak ścieżka jest poprowadzona bardzo rozsądnie i nawet bez specjalnej górskiej zaprawy bez trudu można sobie poradzić. Widoki po drodze i ze szczytu są przepiękne. Ponownie krajobraz jest rodem z Arizony albo Utah. Cały łańcuch wzgórz Gheralta ozdobiony jest skalnymi kościołami, a w tym chyba najsłynniejszym Abuna Yemata Guh (gdzie nie wolno mi było pojechać...). Kościół Abuna Abraham Debre Tsion jest bardzo ładnie położony. Choć z zewnątrz nie wygląda ciekawie, to interesujące jest jego wnętrze, a w szczególności warte zobaczenia są freski i podział przestrzeni monolitycznymi kolumnami. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Etiopczycy nie dbają o swoje dziedzictwo. Gdy np. zapytałem, dlaczego niektóre postacie świętych lub apostołów mają wydrapane oczy albo twarze, podejrzewając, że jest to wynik najazdu ościennych muzułmańskich ludów, ksiądz z pomocą naszego przewodnika wyjaśnili nam, że nic takiego nie miało miejsca. Uszkodzenia, o które pytałem są świeże. Spowodowali je robotnicy instalujący w kościele prąd, którzy nieostrożnie przystawiali drabinę. Ciekawe jak to jest, że lampa błyskowa jest w takim miejscu niedopuszczalna. Można natomiast zdrapać fresk aż do gołej skały przez niedbalstwo robotników. Znaczne uszkodzenia fresków spowodowała tu też wilgoć.


Abuna Abraham Debre Tsion.
Abuna Abraham Debre Tsion. Podejście.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widoki.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widok na pasmo Gheralta.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widok z cmentarza.
Resztę dnia po powrocie do Wukro spędziliśmy z Yemene planując, gdzie spędzić Timkat. Za jego radą postanowiliśmy pojechać jutro do Mekele i spędzić tam noc. Alternatywnie mogliśmy złapać popołudniowy samolot do Addis Ababy albo próbować dojechać lądem do Desie albo Woldia.

Reasumując chcę powiedzieć, że nie przypuszczałem, że spędzimy w Wukro łącznie trzy noce i że będę szczerze żałował opuszczając to dziwne miejsce. Nie ma tu turystów i białych prawie w ogóle. Dwie grupy białasków zobaczyliśmy dopiero ostatniego wieczoru w mieście. Jedną grup stanowili Francuzi, którzy zamieszkali na jedną noc w naszym hotelu. Poruszali się wynajętym busem i opuszczali pojazd tylko w celu zobaczenia muzeum i Wukro Cherkos. Nawet kolację zjedli w hotelu i następnego dnia rano odjechali w kierunku Mekele. Druga grupa bladych twarzy to kilka uroczych Angielek w wieku emerytalnym, które widzieliśmy w hotelowej restauracji przy głównej ulicy także dopiero ostatniego wieczoru. Yemene wspominał, że w mieście bywa jakiś Amerykanin. Dzieciaki i podrostki wytykają białych palcami i okrzykują „faranji” albo „you, you”. Niewątpliwie też stanowiliśmy lokalną atrakcję. W jakiś jednak pokrętny sposób polubiliśmy to miejsce i jego mieszkańców, a największą atrakcją nie były wcale mury i malowidła w kościołach, ale dziwność tego miasta dla białego człowieka. Nie możemy też pominąć Yemene, który okazał się być bardzo ciekawym młodym człowiekiem. Niewątpliwie też przewodniki bardzo i w sposób nieuzasadniony przerysowują niebezpieczeństwa prowincji Tigray. Nas nic złego nie spotkało i myślę, że nic nam nie przydarzyłoby się, gdybyśmy szukali kościołów samodzielnie. Co najwyżej nie odnaleźlibyśmy żadnego z nich, bo są bardzo dobrze ukryte. Jest to też jedyna rzeczywista potrzeba umówienia się z jakimś miejscowym chłopakiem, aby pokazał drogę do interesującego nas kościoła i sprawdził, czy na miejscu będzie ksiądz, który nam otworzy świątynię.


piątek, 22 stycznia 2016

Droga do Lalibeli

Droga do Lalibeli

11 stycznia 2016 r.

W Etiopii właściwie wszystkie dalekobieżne kursy autobusowe i minibusowe wyruszają w drogę o haniebnych godzinach. Z reguły najpóźniej o szóstej rano (00 czasu etiopskiego) – takie jest przynajmniej założenie rozkładu jazdy. Tak też było z naszym busikiem z Bahir Dar do Weldyi. Mieliśmy miejsca siedzące, ale o wygodzie można było tylko pomarzyć. Google twierdziło, że do Gasheny, gdzie musieliśmy wysiąść, będziemy jechać około trzy i pół godziny. Świeżo wybudowana chinese road prowadzi przez wioski i pola wspinając się na wysokość 4.321 m.n.p.m. Zadziwiające, że jeszcze niedawno droga ta nie była utwardzona. Po około trzech godzinach poklepałem pana kierowcę po ramieniu i powiedziałem, że prosimy o wysadzenie nas w Gashenie. Tak też się stało. W Etiopii, podobnie jak np. w Birmie, trzeba zazwyczaj zapłacić za całą trasę (w naszym przypadku za bilet z Bahir Dar do Weldyi), choć chcemy wysiąść w połowie drogi. Cena za przejazd wynosiła 15$ od osoby z uwzględnieniem podwiezienia nas z hotelu na dworzec.

Gashena to typowa osada wyrosła na skrzyżowaniu dróg. W tym przypadku zawdzięcza ona swoje istnienie głównej drodze z Gondaru i Bahir Dar do Weldyi (Woldiy) i Dessie. Można tu znaleźć połączenie do Lalibeli (64 km) albo do Kon. Powitały nas tu skutki wypadku drogowego. Jeden busik leżał na boku, drugi miał rozbitą szoferkę. Nie widziałem ofiar, ani karetki. Aby złapać autobus lub bus do Lalibeli należy przyjechać tu wcześnie. Jeśli dotrzemy po południu może to skutkować koniecznością pozostania w Gashenie na noc. Jest to możliwe, ale nie ma tu regularnego hotelu ani bed-and-breakfast w europejskim rozumieniu. Widziałem, że publiczne autobusy na trasie pomiędzy Dessie i Gondarem/Bahir Dar zatrzymują się w okolicach skrzyżowania z drogą odchodzącą do Lalibeli nie wjeżdżając na dworzec. Aby trafić na tak zwany dworzec autobusowy trzeba cofnąć się kilkaset metrów od skrzyżowania z drogą do Lalibeli w kierunku Bahir Daru i Gondaru, a następnie skręcić w przecznicę w lewo. Na końcu tej drogi znajduje się plac, który pełni rolę dworca dla licznych, ale nie wszystkich, minibusów i autobusów, w tym dla publicznego autobusu do Lalibeli. Ten ostatni odjeżdżał o godzinie dwunastej (czyli o szóstej czasu liczonego na sposób etiopski). Standardowo nasze bagaże wylądowały na dachu, a my ledwie mieściliśmy się na siedzeniach w środku. Razem z nami jechały jeszcze trzy blade twarze. Bilet kosztował 100 Birr. Tyle samo płacili nasi biali współpasażerowie za całą trasę z Dessie. Podróż ziemną, krętą i wyboistą górską drogą była trudna. Zajęła sporo ponad dwie godziny, choć jest to tylko ok. 64 km. Przez cały czas kierowca na cały regulator serwował lokalne rytmiczne przeboje.

W Lalibeli zarezerwowaliśmy telefonicznie nocleg w Alef (Aleif) Paradise Hotel za 25$ za etiopski pokój pojedynczy z dużym podwójnym łóżkiem i śniadaniem. Hotelik ten ma bardzo dobre opinie na tripadvisor.com. Ten sam pokój w czasie Geny albo Timkatu kosztuje 100$ only. Naszym zdaniem standard był niezły. Pokój miał balkon i okno na całą ścianę. Codziennie rano w zaroślach za oknem buszowała rodzina małych małpek. Niestety nie znam tego gatunku (po obu stronach pyszczków miały jakby białe bokobrody). Śniadanie było podstawowe. Do wyboru jedno danie z karty śniadaniowej plus kawa albo herbata, grzanki, mikro spodek z dżemem i masłem. Mleko do kawy ostatniego dnia już się nie zmieściło w standardowym zestawie śniadaniowym:). Poza okresem Geny i Timkatu w Lalibeli są generalne hotelowe pustki i można negocjować ceny noclegów. Warto zadzwonić i zapytać. Trzeciej nocy coś nas pokąsało. Nie widziałem chmury komarów, a i znaczna wysokość nad poziomem morza nie sprzyja rozwojowi tej plagi, czyli pozostaje druga ewentualność – bed bugs. Cóż, od czasu do czasu taki wypadek się zdarza w drodze. Ostatni pamiętam z Singapuru z dużo lepszego hotelu. Groźne to to nie jest, ale przez kilka dni trochę swędzi. Nie wolno drapać.

Tego dnia w Lalibeli poszliśmy tylko na kolację. Było już trochę za późno, aby sensownie zacząć zwiedzanie (kompleks jest czynny do siedemnastej, niektóre obiekty do osiemnastej). Warto się dobrze przygotować do zwiedzania, gdyż bilet, pięciodniowy (sic!), kosztuje równe 50$. Baaardzo słono zważywszy, że jest to faktycznie tylko kilka niewielkich kościołów. Co do zasady jest ich jedenaście, ale w ten sposób np. w Bazylice Mariackiej w Krakowie trzeba byłoby liczyć każdą kaplicę za odrębny kościół. Z drugiej strony pięciodniowy bilet nie ma żadnego uzasadnienia (jak np. kilkudniowe bilety w ogromnym kompleksie przy Siem Reap), bo w takim czasie można byłoby tu przeprowadzić kompleksowe wykopaliska archeologiczne. No cóż, faranji przyjechał, faranji zapłaci.

Swoją drogą to fascynujące, że aby dostać się do Lalibeli, gdzie przecież znajdują się największe atrakcje turystyczne kraju, a z pewnością jest to epicentrum kręgu historycznego, trzeba tłuc się co najmniej dwoma autobusami oraz nocować po drodze w Dessie, Weldyi albo Bahir Dar. Nie wspomnę już o ostatnim odcinku drogi z Gasheny, który w obecnym stanie dla zwykłego auta jest przejezdny, moim zdaniem, tylko w porze suchej. Gdzieś też czytałem, że Lalibela jeszcze w latach 70. XX wieku była właściwie odcięta od świata...

Jutro zobaczymy Bet Giyorgis. Nie uwzględniam możliwości rozczarowania.



Poszukiwacze zaginionej arki

14-15 stycznia 2016 r.

Przedpołudniem przylecieliśmy na malutkie lotnisko w Aksum. Wcześniej zarezerwowaliśmy pokój w Africa Hotel. Pierwszym z brzegu hotelu z przewodnika i najpopularniejszym wśród backpakersów. Cena za pokój z łazienką to 250 Birr (single dla dwóch osób bez śniadania, ale z odbiorem z lotniska). Jak zwykle najpierw poszliśmy uzupełnić poziom węglowodanów do juice baru. Formalnie w hotelu jest bardzo dobry zasięg wi-fi, ale po raz kolejny nie oznaczało to możliwości uzyskania realnego połączenia.

Centralnym punktem Aksum jest wielki plac pośrodku którego rośnie piękny i olbrzymi figowiec. Wygląda on jak archetypiczne drzewo z dawnych afrykańskich powieści podróżniczych. Pod jego rozłożystą koroną mieści się kilka tradycyjnych kawiarni. Postanowiliśmy przysiąść tam na chwilę. Bieżącą wodę zastępuje wielki plastikowy kanister i dwie miski. Jedna służy do wstępnego mycia naczyń, druga do ostatecznego. Oprócz tego jest kilka malutkich stołeczków, naczynie na węgiel drzewny, wachlarz do rozdmuchiwania żaru i gliniany dzbanek do przyrządzania buny. Kawa jest też na miejscu palona z zielonych surowych ziaren na małej blaszanej patelni. Gdy pani właścicielka kawiarni stwierdzi, że kawa jest już upalona, to podsuwa kopcącą patelnię pod nos klienta. Nasza aprobata dla dymu i woni dobywającej się z rondelka, bo przecież doskonale znamy się na paleniu kawy domowym sposobem, oznaczała, że można ziarna utłuc na boku w moździerzu. Reszty można się już domyśleć. Przy podawaniu kawy, oprócz filiżanek z czarnym ukropem, dostaje się też naczynie z węgielkami posypanymi ziołami zapachowymi. Zgodnie z rytuałem należy zaliczyć trzy takie tury. Należy jednak pamiętać o mocy tutejszej kawy, późniejszych trudnościach ze snem, jeżeli coffee ceremony dosięgnie nas wieczorową porą, a także o ewentualnych zaleceniach lekarskich w przypadku np. nadciśnienia tętniczego. Cena takiej kawy waha się od 5 do 10 Birr. W lokalach dla lokalsów buna może być darmowa przy posiłku. Nieco dalej jest jeszcze jeden taki figowiec. Z okien autobusów tego typu drzewa widać co jakiś czas, ale ten w Aksum był wyjątkowy.

Budynki otaczające placyk, w zasadzie bez wyjątku, opanowane zostały przez warsztaty krawieckie i sklepy tekstylne. Wiele fasad jest pomalowanych w bardzo jaskrawych kolorach. Domy przy Pazza mają też podcienia, co jest prawdziwym ewenementem. To wszystko sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Ameryka południowa może to nie jest, ale na afrykańskie warunki jest bardzo ok. W rejonie wspomnianego figowca i Piazza grasują też młodociani fanatycy piłki nożnej, którzy nie odstępowali nas na krok żądając zakupienia im piłki. Nie są jednak w żadnym wypadku niebezpieczni i odmowa nie grozi uszczerbkiem na zdrowiu, ani rabunkiem dobytku. Za Piazza w kierunku zachodnim znajduje się tzw. old quarter. Warto tam się zapuścić i zobaczyć zarówno ładne kamienne domki, jak i real african life w wydaniu relatywnie dużego i dobrze zorganizowanego uniwersyteckiego miasta.

Następnie odwiedziliśmy park archeologiczny ze słynnymi stellami. Wstęp kosztuje 50 Birr. Bilet jest ważny przez trzy dni i obejmuje wszystkie miejscowe zabytki z wyjątkiem kościołów. Te ostatnie jednak zupełnie odpuściliśmy, gdyż są dostępne wyłącznie dla mężczyzn. Z tego samego powodu zrezygnowaliśmy z wyjazdu do klasztoru Debre Damo. W parku stelli szczególnie imponujące są dwa stojące obeliski. Pierwszy to Rzymski Obelisk, o wysokości 24,6 m, który na rozkaz Mussoliniego został przewieziony do Rzymu i zdobił jeden z placów Wiecznego Miasta aż do 2005 roku. Drugim imponującym i nadal stojącym obeliskiem jest stella króla Ezany o wysokości 23 m. Obecnie jest ona „nieco” odchylona od pionu i utrzymywana jest przez specjalną konstrukcję. Trzecia stella, Wielka Stella albo stella króla Ramahai, nadal jest najbardziej interesująca, choć – jak się przypuszcza – upadła i przełamała się na kilka części już przy próbie ustawienia jej pionowo, co miało miejsce na początku IV w.n.e. Wielka Stella jest podobno największym monolitycznym obeliskiem, jaki człowiek kiedykolwiek próbował wznieść. Większość obelisków ma płaskorzeźbienia składające się z niby drzwi i niby okienek, które prawdopodobnie związane są z symboliką przejścia w zaświaty. Pozostałe obeliski, niektóre ustawione pionowo, inne leżące na ziemi, są mniej interesujące. W tym kompleksie są też dostępne podziemne krypty oraz muzeum. Podobno 90% obszaru na których znajduje się park ze stellami nie zostało jeszcze przebadanych archeologicznie. W pobliżu jest jeszcze jeden park archeologiczny ze stellami, Gudid Stealae Field, ale my już sobie darowaliśmy jego odwiedzenie.

Pierwszego dnia w Aksum zdążyliśmy jeszcze zobaczyć tzw. łaźnie królowej Saby. Ten spory zbiornik znajduje się blisko głównego, północnego, parku archeologicznego ze stellami. Obecnie służy jako zbiornik wody prawdopodobnie pitnej. Mimo brązowej barwy widać, jak kobiety i dzieci nabierają wodę do ogromnych kanistrów i odchodzą z ciężkim ładunkiem do domów. Takiemu celowi zbiornik służył także w przeszłości i tylko legenda wiąże go z potrzebami higienicznymi królowej Saby.

Następnego dnia poszliśmy najpierw do kompleksu kościołów St. Mary of Zion (Tsion) oraz obejrzeć budynek, gdzie ma być przechowywana Arka Przymierza (wszystkie obiekty znajdują się w jednym miejscu). Zważywszy, że nowy kościół St. Mary of Zion, wybudowany na polecenie Najjaśniejszego Pana Hajle Selassie, nie jest szczególnie atrakcyjny (stanowi rodzaj kopulastego okrąglaka), że stary kościół (trzecia jego wersja, bo dwie starsze były sukcesywnie niszczone przez najazdy islamistów z sąsiadujących terytoriów) nie jest dostępny dla kobiet oraz z uwagi na fakt, że kaplica z Arką Przymierza też nie jest ciekawa, nikogo tam nie wpuszczają (oprócz jednego dożywotnio wyznaczanego księdza), a bladym twarzom nie pozwalają zbliżyć się nawet na rzut kamieniem do ogrodzenia, długo zastanawialiśmy się, czy warto jest wydać po 200 Birr na taką atrakcję. Ostatecznie zdecydowaliśmy się. Naszym zdaniem najciekawsze jest muzeum, które zawiera sporo interesujących eksponatów starszych i młodszych. Oprócz jakości eksponatów, po raz kolejny, zadziwił nas stan ich przechowywania. Wszystko jest tam kompletnie zakurzone, a w czasie naszego pobytu myszy głośno buszowały za lub w środku szafy z szatami cesarskimi.

Następnie poszliśmy zobaczyć etiopską wersję Rosetta Stone, czyli King Ezana's Inscription. Znajduje się ona w bardzo niepozornej budce po lewej stronie drogi prowadzącej obok tzw. łaźni królowej Saby. Jak zwykle kamień został odkryty przypadkowo w 1988 r. Jest on zapisany z trzech stron w językach sabeańskim, ge'ez i w grece. Kamień pochodzi z ok. III. w. n.e., a zapis ma dotyczyć, ni mniej ni więcej,wielkich dokonań króla Ezany.

Nieco dalej znajdują się grobowce królów Kaleba i Gebre Meskela. Aby tam dotrzeć trzeba iść dalej tą samą drogą jeszcze kilka chwil w kurzu i pyle. Po drodze napotkaliśmy całą masę dzieciaków, które zależnie od potrzeb wysuwały roszczenia finansowe (hallo money), chciały być dożywione (hallo candy) albo zgłaszały braki w wyprawkach szkolnych (give me a pen). My mieliśmy tylko cukierki, ale dawkowaliśmy je ostrożnie, bo wszystkich potrzeb w Aksum nie mogliśmy zaspokoić.

Później poszliśmy oglądać starą dzielnicę. Jej krótki opis już zamieściliśmy powyżej. Naszym zdaniem zdecydowanie warto tam pójść.

Po wyczerpaniu zapasów energii odpuściliśmy sobie zwiedzanie ruin poza miastem i poszliśmy uzupełnić węglowodany i proteiny.

Następne dni naszych wakacji chcieliśmy spędzić w miejscowości Wukro, które jest położone ok. 300 km od Aksum. Niestety oznaczało to, że najpierw trzeba pojechać do miejscowości Adwa. Tam konieczna jest zmiana środka lokomocji na jadący do Adigratu. W Adigracie zaś należy przesiąść się do autobusu jadącego do Mekele. Wukro jest położone ok. 45 km przed Mekele. Reasumując mieliśmy w perspektywie cały dzień jazdy etiopską komunikacją zbiorową. To zazwyczaj wymaga uprzedniego i następczego wypoczynku.

W Aksum można zorganizować sobie wycieczkę do Danakil Depression (bardzo drogo; nie mniej niż 125-150$ za dzień za osobę; wycieczka zaś trwa zazwyczaj 4 dni i 3 noce) albo do kościołów w Tigrai. Ta ostatnia wycieczka to w przypadku dwóch osób wydatek 250$ (samochód z kierowcą i jeden nocleg, ale bez wstępów do kościołów). My postanowiliśmy pojechać do kościołowego epicentrum samodzielnie i na miejscu w Wukro poczynić odpowiednie kroki. Zamierzaliśmy się bowiem skupić na kościele w samym Wukro i na trzech kościołach znajdujących się w rejonie wiosek Dinglet, Teka i Tesafi (Takatisfi Clouster). Danakil Depression poczeka, aż wyjazdy tam będą bardziej przystępne, a w szczególności nie trzeba będzie się opłacać kacykom z pogranicza Erytreii oraz wynajmować uzbrojonej obstawy.

Na zakończenie opisu naszego pobytu w Aksum chcemy jeszcze dodać, że  fakt przechowywania Arki Przymierza w Aksum wydaje nam się oczywistą mistyfikacją, choć wszyscy miejscowi są święcie przekonani o prawdziwości takiego twierdzenia...




Piazza i wielki figowiec
Kolorowe fasady w Aksum
Wielka stella
Stary kościół St. Mary of Zion (trzeci z kolei)
Stella króla Ezany
Kaplica gdzie ma być przechowywana Arka Przymierza

wtorek, 19 stycznia 2016

Lalibela

12 – 13 stycznia 2016 r.

Zwiedzanie kościołów Lalibeli zaplanowaliśmy na dwa dni. Można to załatwić w jeden dzień, ale nie mogliśmy sobie w tym miejscu pozwolić na bylejakość. Nie w Lalibeli. Warto tu obejrzeć wszystko spokojnie i dokładnie, a nawet wrócić w ulubione miejsce jeszcze raz o innej porze dnia, gdy słonko świeci z innej strony. Mała jest szansa na ponowną wizytę, a gdy jakimś cudem jeszcze tu zawitamy zastaniemy zupełnie inny świat.

Lalibela jest położona bardzo wysoko w górach, na poziomie 2.630 m.n.p.m. Podobno liczy ok. 20.000 mieszkańców. Gdyby pominąć kościoły króla Lalibeli, nie ma po co tu właściwie przyjeżdżać. Dokładnie tak samo jak w przypadku Agry. Gdyby nie Taj Mahal i Czerwony Fort nie istniałaby dla turystów.

Kościoły są pogrupowane w dwóch zespołach. W północnym (północno-zachodnim) są Bet Medhane Alem, Bet Myriam razem z Bet Meskel i Bet Danaghel oraz Bet Golghota razem z Bet Mikael. Bet Golghota jest właściwie kaplicą Bet Mikael i są tam cztery piękne płaskorzeźby świętych, niektóre już w całkowitym zaniku. Niestety nie jest on dostępny dla kobiet, które muszą poczekać w przechodnim Bet Mikael. Nieopodal leży grupa południowa (południowo-wschodnia), która składa się z Bet Gabriel-Rufael (obecnie zamknięty na czas remontu; mocno pozorowanego), Bet Merkorios, Bet Amanuel i Bet Aba Libanos. Po drugiej stronie drogi, w odosobnieniu, znajduje się kościół Św. Jerzego (Bet Giyorgis), prawdziwa gwiazda Lalibeli. Wszystkie kościoły, oprócz Św. Jerzego, są obecnie zabudowane zadaszeniami. Ma je to chronić przez negatywnymi skutkami czynników atmosferycznych, ale szkodzi kompozycji fotografii. Wewnątrz kościołów jest mało światła. Jest też co najmniej jeden długi ciemny tunel w grupie południowej. Zatem dobra latarka bardzo się przydaje.

Szczegółów zwiedzania kościołów nie ma sensu opisywać. Trzeba tu przyjechać i samemu poczuć się trochę jak Indiana Jones. Dość powiedzieć, że pominąwszy wielkie święta, nawet w styczniu, czyli w szczycie sezonu, jest tu bardzo mało turystów. Przewijają się pojedyncze niezależne sztuki oraz co najwyżej jedna lub dwie zorganizowane grupy. Moim zdaniem można też pominąć wynajęcie przewodnika, gdyż opisy zawarte w książkach są wystarczające. Lepiej jest móc swobodnie przystanąć wtedy, kiedy nam będzie to odpowiadało, a nawet zabłądzić od czasu do czasu. Trzeba też podkreślić, że żaden z kościołów skalnych Lalibeli nie jest dużym obiektem. Nie ma tam też ogromnej ilości detali wymagającej szczegółowego omówienia. Największym kościołem, z zewnątrz nieco nawiązującym do konstrukcji greckiej świątyni antycznej (z kolumnadą), jest Bet Medhane Alem. Najlepiej zdobiony jest Bet Myriam (freski i płaskorzeźby). Największe wrażenie robi niewątpliwie Bet Giyorgis. Ten ostatni mówi sam za siebie (częściowo jak na poniższych fotografiach). Mój zasób słów i zdolność do budowy zdań niczego nowego tu nie przyczyni. W szczególności mój opis nie doda nic do jego prostoty, symetrii i szlachetności formy oraz tajemnicy, jaką w sobie skrywa ten monolit. Nie potrafię też opisać zapachu, jaki zastajemy, gdy wkraczamy do jego ciemnego wnętrza. Trudno jest też mi jednoznacznie powiedzieć, czy Bet Giyorgis został wybudowany, wyrzeźbiony, czy raczej uwolniony ze skrywającego go kamienia.

Na marginesie wspomnieć też należy, że w niektórych miejscach podczas zwiedzania trzeba się przeciskać przez ciasne otwory, wspinać, schodzić stromymi schodkami i po drabinach albo przemieszczać się ciemnymi korytarzami (co nawiązuje to do przejścia z piekła do nieba).

Jeśli mamy czas, ochotę i odpowiedni budżet możemy wynająć samochód z kierowcą, aby zwiedzić inne skalne kościoły wokół Lalibeli. Nasz budżet nie pozwalał na taką ewentualność. Częściowo odpowiedzialni są za to Jacek i Ewa, o których dezercji cały czas pamiętamy. Koszty wstępów do tych kościołów nie są wliczone do ceny biletu do kompleksu w samej Lalibeli i są znaczne zważywszy liczbę tych świątyń.

Po trzech nocach w Lalibeli w dniu 14 stycznia 2016 r. odlecieliśmy do Aksum (cena biletu 41 $). Podróż lądem trwałaby dwa dni. Rachunek i decyzja były zatem proste.



Bet Giyorgis
Wejście do grupy południowej przez tunel - Bet Amanuel
Bet Maryam

środa, 13 stycznia 2016

Jezioro Tana

09 stycznia 2015 r.

Rejs i klasztory na jeziorze Tana okazały się sporą klapą. Trzy na cztery zakontraktowane klasztory to kompletna porażka. Do piątego nie pozwolono nam nawet pójść z uwagi na brak czasu.

Pierwszy na trasie naszego rejsu był Entos Eyesu. Klasztor położony jest na maleńkiej wyspie i naszym zdaniem jest zupełnie nieinteresujący. Jest to nowy okrąglak, pokryty blachą falistą z pachnącymi nowością kolorowymi malowidłami w stylu ortodoksyjnym. Jedyną ciekawostką jest to, że jest to jednocześnie męski i żeński klasztor... Cena za wstęp 100 Birr. Naszym zdaniem lepiej jest wydać taką kwotę np. w pijalni soków (wystarczy na 5 pysznych soków i jeszcze na spory napiwek dla kelnerki) albo na rzeczywistą bezpośrednią dobroczynność, która jest bardzo tu potrzebna.

Na drugiej wysepce jest klasztor Keban Gabriel. Wstęp 100 Birr, ale mogą go obejrzeć tylko mężczyźni i wyłącznie z zewnątrz. Kobiety mogą sobie posiedzieć przy mnisim straganie albo pójść do tzw. muzeum za kolejne 50 Birr only.

Trzeci klasztor to Azuwa Myryam położony na półwyspie Zege. Wstęp kosztuje kolejne 100 Birr. Tym razem jednak warto było go zobaczyć, choć 5$ od osoby to słona opłata za wejście. Azuwa Myryam jest drewniany, okrągły i pokryty strzechą. Z zewnątrz jest całkowicie odnowiony. Robotnicy kładą ostatnie wiązki słomy na dachu. Jego wewnętrzna struktura trochę przypominała mi stupy tybetańskie. Nawet zapach w środku był trochę podobny do tego obecnego w buddyjskich świątyniach w Tybecie, choć w klasztorach koptyjskich nie palą się świece z masła z mleka jaków. Wewnętrzne ściany w całości są pokryte starymi, moim zdaniem, nienajgorszymi freskami. Wiele z nich, jak to w chrześcijaństwie, ma tematykę przygnębiającą albo pełną wszelakiego okrucieństwa. Sam środek był zamknięty. Dostępna była tylko jakby galeria pomiędzy zewnętrznymi ścianami i znajdującym się w środku koła "prezbiterium". To właśnie ściany tego prezbiterium są pokryte malowidłami. Przed wejściem obowiązkowo zdejmujemy buty.

Mimo jasnego postanowienia w umowie nie mogliśmy pójść do drugiego klasztoru na półwyspie Zege - Ura Kidane Meret. No cóż, nie chcieliśmy, aby łódka odpłynęła bez nas.

Ostatni klasztor na naszym rejsie to Debre Maryam. Podobno bardzo starożytny (z XIV albo nawet z XII wieku), ale obecnie wymurowany kościół to budowla z surowych betonowych pustaków i poryta blachą falistą. Także Debre Maryam to typowy lokalny okrąglak. Nie inaczej i w tym wypadku cena wstępu to 100 Birr od osoby. Jedynym ciekawym elementem jest tu tzw. muzeum. Pan mnich otwiera na życzenie budkę i na ladzie, jak w sklepiku, prezentuje naprawdę imponujące pergaminowe rękopisy. Mnich jest z nich bardzo dumny, ale sposób zabezpieczenia muzeum, stopień zużycia ksiąg i warunki ich przechowywania wskazują, że nie będą już długo istniały przynajmniej w tym miejscu.

Blue Nile Outlet lepiej jest obejrzeć z mostu na który można się udać pieszo lub tuktukiem z Bahir Daru. Hipopotamów nie zaobserwowaliśmy. W czasie rejsu mija się też spore kolonie pelikanów, ale widzimy je ze znacznej odległości.

Wycieczka na osobę kosztowała 250 Birr (bez wstępów do klasztorów) i trwała ok. 5 godzin. Jeśli ktoś bardzo chce, to sprawę może załatwić bezpośrednio na nabrzeżu omijając wszystkich naganiaczy (nawet tych stojących w drzwiach biura danego "armatora"). Przewodnik radzi, aby wybrać łódkę z silniejszym silnikiem - 40 KM (pozostałe mają nie więcej niż 20 KM, a po południu może wiać spory wiatr i słabsza łódka podobno może mieć problem z powrotem do przystani; te ze słabszym silnikiem, które widziałem wracały bez żadnego problemu), sprawdzić jej stan, liczbę zabieranych pasażerów i ilość kamizelek ratunkowych.

Naszym zdaniem lepiej jest jednak pojechać tylko do klasztorów na półwyspie Zege. Można to zrobić samodzielnie mikrobusem za promil ceny rejsu łódką. Można też przynajmniej w jedną stronę popłynąć publicznym promem. Prom z Bahir Dar odpływa ok. 07.00 z nabrzeża.

Naprawdę nie wiem, co nas podkusiło z tą łódką.

Powyższe nasze doświadczenia tego dnia sprawiły, że musieliśmy pilnie odreagować stres. Skutkiem tego, po powrocie do Bahir Dar, oddaliśmy się kompulsywnemu obżarstwu. Najpierw była obiado-kolacja (Agnieszka zjadła pizzę z kapustą (!), a ja shiro i injerę). Następnie usadowiliśmy się w naszej ulubionej pijalni soków (Agnieszka wypiła kufel soku z awokado, a ja dwa - jeden z mango i drugi ananasowy). Później w ulicznej kawiarni skosztowaliśmy etiopskiego wynalazku ja w wersji lokalnej (buna) Agnieszka w wersji de luxe - macchiato. Spokój nadszedł, gdy w drodze do hotelu skosztowaliśmy nieco ulicznych specjałów.

O 18.30 byliśmy już w hotelu. Następnego dnia o 05.30 mieliśmy umówionego tuktuka na dworzec, a tam miał na nas czekać busik jadący do miejscowości Weldiya. Musieliśmy wysiąść w pół drogi w miejscowości Gashena. Z tego miasta jest już tylko 64 km ziemną i górską drogą do Lalibeli.



Azuwa Maryam
Azuwa Maryam