Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kawa. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Harar

21 stycznia 2016 r.

Aby uniknąć podróży autobusem do Hararu, jeszcze będąc w Mekele, kupiliśmy bilet na lot do Dire Dawa. Nie żebyśmy się obawiali niewygód, ale po kilkunastogodzinnej podróży z Mekele poprzedniego dnia po pierwsze mieliśmy małe szanse na bilet na kurs w dniu 21 stycznia, a po drugie chyba nie bylibyśmy zdolni do pobudki dzień po dniu na autobus ok. 03.00 rano. Dlatego też wybraliśmy bezpośredni lot do Dire Dawa ok. 13.00. Miało to gwarantować odespanie zaległości i spokojną zbiórkę na lotnisko. Śniadanie zjedliśmy w hotelowej restauracji Itaque Taitu Hotel. Jest to bardzo klimatyczne, kolonialne miejsce, ale jedzenie nie było szczególne. Bardzo skromny był wybór etiopskich dań. Ograniczał się on w zasadzie do injera fir-fir, która nieco mi się już znudziła (był to też pierwszy mój posiłek w kraju po przylocie).

Taksówka z hotelu na lotnisko kosztowała 200 Birr. Przy wjeździe na parking kierowcy samochodów muszą uiścić opłatę za parking, coś ok. 10 albo 20 Birr. Trzeba zatem uzgodnić z taksówkarzem, czy cena za kurs zawiera tę opłatę, czy nie. Teoretycznie można dojechać do lotniska minibusem, właściwie tylko do pobliskiego ronda. Z tego miejsca jest jednak jeszcze kilkaset metrów do terminala. Mało kto się na to decyduje, zwłaszcza z bagażem. Można zatem uznać, że w Addis na razie nie istnieje transport publiczny na lotnisko. Należy jednak wspomnieć, że Chińczycy, których jest tutaj zatrzęsienie, coś przy lotnisku intensywnie budują. Jeżeli powstanie nowy terminal zapewne będzie też połączenie z istniejącym nadziemnym metrem, które też powstało przy udziale Państwa Środka.

Na lotnisku byliśmy pierwsi przy kontuarze do check in. Mimo tego pani z rozbrajającą szczerością oznajmiła nam, że na nasz lot jest overbooked i w związku z tym wyślą nas do Dire Dawa samolotem o 16.00 przez Jigja. Piękny początek. Oznaczało to, ni mniej ni więcej, kolejny cały dzień w podróży. To jeszcze nic bo przecież o to właśnie chodzi. Jednak siedzenie cały dzień na lotnisku w Addis to średnia przyjemność. Po rozmowie z przełożoną pani z check in desk okazało się, że jednak faranji zmieszczą się w samolocie o 13.00. Dzięki temu mieliśmy szansę dojechać ok. 16. do Hararu. Nadzieja okazała się być jednak płonna. Nasz lot najpierw się opóźniał. Ostatecznie odlecieliśmy o 16. i to nie bezpośrednio do Dire Dawa, ale najpierw do Jigja. Nie wiem jak było to możliwe skoro mieliśmy bilety na lot bezpośredni. Tajemnicza historia. Myślę że jeden lot miał overbooking, a drugi był prawie pusty. Dzięki temu zabiegowi linia zrealizowała tylko jeden pełny lot. Tak to wyglądało w naszych oczach. Choć nie wyobrażam sobie, aby poważna linia lotnicza (Ethiopian) robiła tego typu czary mary. Niestety nie jest to Unia Europejska i nie obowiązują tu europejskie reżimy odszkodowawcze.

W Dire Dawa byliśmy już po zachodzie słońca. Z lotniska do miasta zabrał nas i jeszcze jedną mikro Japonkę pewien pan, który wracał do domu z Chin. Złapaliśmy ostatniego busa do Hararu i już ciemną nocą dotarliśmy na miejsce. Kierowca wysadził nas tuż przy naszym Harar Ras Hotel. Rezerwacji dokonaliśmy telefonicznie jeszcze na lotnisku w Addis. Hotel był całkiem ok. Za jedynkę z łóżkiem wystarczającym dla dwóch osób (choć nieco wąskim) i jednym bufetowym śniadaniem płaciliśmy 500 Birr. Śniadanie dla drugiej osoby kosztowało ekstra 80 Birr. Była to w zasadzie jedyna opcja hotelowa dostępna do rezerwacji telefonicznej. W pozostałych interesujących nas hotelach nikt nawet nie podnosił słuchawki telefonu albo automat informował o tym, że numer nie jest aktualny. Dziwne to było bo numery były zgodne z Lonely Planet, z Rough Guide i z najnowszą książką Brandta. Myślałem nawet, że w Hararze była jakaś zmiana numeracji. Suma sumarum nie wyszło źle. I tak nie zamierzaliśmy spać w żadnym z heritage house. Bo i drożej - 20$ od osoby. I bez łazienki, a Agnieszka tym razem zaprotestowała odnośnie braku takiej wygody. Nasz hotel był położony 15 minut spacerem od Harar Gate i murów starego miasta w chrześcijańskiej części miasta. Moim zdaniem była to najlepsza opcja w mieście w tym przedziale cenowym. Kiepska była tylko łazienka, gdyż po kąpieli woda słabo odpływała tworząc kałużę na posadzce. Nie był to dla nas jednak istotny problem. Kąpaliśmy się i tak w japonkach, więc problem leżał bardziej po stronie hotelu i pań pokojowych. Tego dnia pozostała nam energia i ochota tylko na kolację, ale i tu zdarzył się wypadek. Zamówiliśmy dania w hotelowej restauracji. Dla odmiany zamówiliśmy jakieś wege danie z injerą dla pewności wskazując panu kelnerowi palcem pozycję w jadłospisie. Przyjechała injera i cztery gliniane kociołki. Z jednego, ku naszej zgrozie, wystawy kości jakiejś istoty. Pierwszy raz w życiu powiedziałem panu kelnerowi, co o tym wszystkim myślę i pan musiał zabrać danie. Z odmiany jadłospisu wyszło nico. Zjedliśmy znowu shiro. Całe szczęście było pyszne. Możliwe że byliśmy zbyt wygłodniali żeby dalej marudzić.

22 -24 stycznia 2016 r.

Śniadanie było bufetowe z relatywnie dużym wyborem lokalnych dań. Na stanie była injera, injera z injerą - czyli fir fir, coś na kształt ful – w wersji z kawałkami pszennej bułki z sosem pomidorowym, makarony, ryż z warzywami, tosty francuskie, tosty i naleśniki. Nie było jajecznicy. Ponadto sok z papaji - pyszny, kawa-killer i herbata. Wolę klasykę w lokalnej knajpie, ale było ok.

Harar dzieli się ogólnie na stare miasto za murami - „Jugal” - zdominowane przez muzułmanów i nowe  miasto czyli żywioł chrześcijański. Spacer do murów starego miasta zajmował nam kilkanaście minut. Bajaj nie jest niezbędny. Po drodze przechodzimy m.in. obok biur sprzedaży Selam Busa (po lewej stronie drogi na początku małej przecznicy) i Sky Busa (po prawej stronie w narożnym budynku na pierwszym pietrze; wchodzi się schodami przez klatkę schodową).

Bardzo chciałem tu przyjechać. Już samo imię miasta powoduje mrowienie na plecach. Tu jest niekwestionowana stolica islamskiej Etiopii. Pierwszy biały człowiek, Sir Richard Francis Burton, przybył tu w połowie XIX wieku (1855r.) i spędził w mieście kilka miesięcy jako gość albo więzień miejscowego księcio-kacyka, sam chyba nie był całkowicie przekonany co do charakteru swojego pobytu. Jego opis tego miejsca nie jest zbyt pochlebny. Niedługo po nim przyjechał do Hararu pewien dezerter z holenderskiej armii na Jawie, Artur Rimbaud. W jakim celu tu przybył i mieszkał tego dokładnie nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że trudnił się handlem albo przemytem. Faktem jest, mieszkał w Hararze 11 lat i wyjechał dopiero, gdy był śmiertelnie chory na raka. Choroba była krótka i niedługo po powrocie do Francji i amputacji nogi poeta zmarł. Skoro Artur Rimbaud, niekwestionowana gwiazda francuskiego symbolizmu, spędził w takim miejscu 11 lat swojego 37. letniego życia znaczyć musi, że jest to miasto wyjątkowe. Z pewnością nie ma takiego drugiego miasta w Etiopii. To pewne. Niektórzy porównują tutejszy labirynt starego miasta do Fezu. Nie wiem, czy to jest słuszne, bo nie byłem w Maroku. Najbliższe mi odniesienie to irański Yazd. Może to skutek mojego sentymentu do Persji, ale Yazd i jego niemal monochromatyczne gliniane stare miasto stoi architektonicznie kilka klas wyżej od Hararu. Przeciwnie do Hararu tam jest jednak pusto na ulicach. Tu ludziska się często pojawiają, a czasem nawet kłębią w nadmiarze, choć i tu i tam mieszkają Muzułmanie (tu Sunnickiego, tam Szyickiego obrządku).

Jugal nie jest duży. Otacza go mur z pięcioma bramami. Wśród nich są współczesne bramy przystosowane dla transportu samochodowego, są zwykłe wyrwy w murach, ale są i całe bramy wyzute jedynie z drzwi. Moim zdaniem nie ma potrzeby eksploracji każdego zaułka. Wystarczą dwa spacery, najlepiej o różnych porach dnia, aby zaspokoić ciekawość tego miejsca. Warto też usadowić się w kawiarni na tarasie budynku w którym miał się kiedyś mieścić skład kolonialny Artura Rimbaud (Gerazmatch House). Podają tam pyszne soki i kawę, jest też ratująca życie zimna cola, sympatyczny właściciel oraz przemiła obsługa znajdująca się nieustannie „na wysokości”. Jest to też doskonały punkt obserwacyjny na główny plac miasta – dawny koński targ (Feres Megala). Trzeba wiedzieć jednak, że choć Harar to miasto starożytne i wpisane na listę UNESCO, to w istocie trudno będzie nam to dostrzec w jego materialnej substancji. Jest kilka ładnych kolonialnych budynków. W tym prywatne muzeum Abdela Sherif Harari City Museum, domniemany dom Rimbaud (z bardzo ciekawymi zdjęciami z epoki). Reszta miasta nie wygląda antyczne. Domy, zwyczajem muzułmańskim, są bowiem zwrócone do środka. Na zewnątrz prezentują tylko wysokie mury i bramy. Cztery z nich przyjmują na nocleg turystów. Kilka innych za opłatą można zwiedzić. Kosztuje to ok. 50-60 Birr i sprowadza się do przejścia przez dziedziniec i obejrzenia kolorowej głównej izby domu. Często będą tam domownicy co może być krępujące dla obu stron. Moim zdaniem nawet bardziej dla turysty. W obrębie starego miasta jest podobno ok. 100 meczetów i sanktuariów. Większość z nich to jednak przybytki prywatne. Główny meczet piątkowy, choć istnieje tu ok. 800 lat, to w obecnej bryle tylko kilkadziesiąt, nie jest zbyt ciekawy. Trzeba wspomnieć, że w pierwszej przecznicy za meczetem piątkowym po lewej stronie jest niesamowita palarnia kawy. Można tam wejść i zobaczyć na żywo jak zielone ziarna stają się produktem służącym do parzenia kawy. Jest tam też prowadzona sprzedaż detaliczna. Cena za 1 kg kawy to 160 Birr. Ja nie jestem kawoszem, ale muszę przyznać zapach jaki roznosi się w całej uliczce jest piękny.

Inną atrakcją Hararu jest karmienie hien. Są tu dwa takie miejsca. Starsze i podobno liczniej odwiedzane przez hieny znajduje się w okolicy jatki muzułmańskiej za murami miejskimi na drugim końcu miasta (trzeba przejść przez całe miasto, plac Feres Megala, iść obok meczetu piątkowego i za bramę. Drugie stanowisko znajduje się bliżej przy rzeźni chrześcijańskiej jest młodsze i podobno odwiedza je mniejsza liczba zwierzaków. Aby tam trafić trzeba z placu Feres Megala skręcić w lewo na dół, przyjść przez bramę i iść prosto przez mostek i skręcić w prawo. Po kilkudziesięciu metrach zobaczymy duży budynek. Będziemy na miejscu. My przyszliśmy oglądać hieny do jatki chrześcijańskiej z czystego lenistwa, bo bliżej. Usiedliśmy na schodkach przy ścianie szczytowej budynku i czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Koszt udziału w takim spektaklu do 50 Birr od osoby, choć zawsze będą od nas żądać więcej pieniędzy. Cena będzie nieco wyższa jeśli chcemy robić zdjęcia. Hieny przychodzą dopiero po zmroku więc ze zdjęć będą nici, chyba że mamy sprzęt bardzo czuły. Nasze spotkanie z hienami wypadło bardzo blado. Pan przywoływał je bardzo wytrwale. Po pewnym czasie pojawiły się dwa osobniki. Nie były jednak zainteresowane jedzeniem. Pierwsza hiena zniknęła tak szybko i sprawnie jak się pojawiła. Druga została trochę dłużej. W końcu też uciekła na widok nadjeżdżającego tuk tuka. Właściwie wyglądało to tak, jakby oba zwierzaki zostały na nasze przyjście wygonione z jakiejś komórki. Później żałowałem, że w ogóle zapłaciliśmy za to „widowisko”. Poznaliśmy jednak wtedy Bartka z Warszawy, a właściwie z Gliwic. Była to kolejna bardzo fajna osoba z Polski jaką spotkaliśmy w Etiopii. Później spotkaliśmy się jeszcze przy powrocie w Addis. Lecieliśmy tym samym samolotem do Istambułu. W Addis Bartek nam powiedział, że widział samopas wałęsające się hieny po mieście, gdy jeszcze ciemną nocą szedł na autobus do Addis. Nienaturalność spektaklu i faktyczne fiasko obejrzenia procederu karmienia hien zniechęciła nas, aby następnego wieczoru iść do jatki muzułmańskiej.
W Hararze nasza wycieczka mentalnie dobiegła końca. Z powodów ograniczeń wizowych nie mogliśmy pojechać do Somalilandu, choć był on już w zasięgu ręki. Będzie trzeba zatem jeszcze raz odwiedzić Harar. Na południe kraju nie chcieliśmy jechać. Zatem do wyboru mieliśmy albo dłużej zostać w Hararze albo jechać do Addis. Ostatecznie zadecydowała dostępność biletów autobusowych. Kupiliśmy bilety w Sky Bus na 24 stycznia 2016 roku.


Podsumowując, będąc w Etiopii trzeba przyjechać do Hararu. Miasto jest bardzo interesujące i zupełnie inne od reszty kraju. Nie spodziewajmy się jednak, że przekraczając bramy Harar Jugol przeniesiemy się osiemset lat wstecz. Brakuje tu może niektórych usług właściwych dla świata zachodniego i początku XXI wieku, ale nawet na starym mieście są telefony komórkowe i telewizja satelitarna. Można też wątpić, czy cała starówka w Hararze zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa. Co tu robił Rimbaud przez tyle lat. Nie wiem. Podobno nie pisał już wtedy poezji. Może rozsmakował się w chacie, którego Harar jest niekwestionowaną stolicą (jeżeli przyjdzie komuś do głowy zakupienie tu tego ziela powinien najpierw spytać kogoś zaprzyjaźnionego, np. kelnera w kawiarni Gerazmatch House, ile on powinien kosztować i gdzie dokładnie należy go kupić). Może szukał tu samotności i zapomnienia. Zdjęcia z epoki odkrywania przez białego człowieka czarnego lądu prezentowane w domniemanym domu poety dają pewne wyobrażenie jak wyglądało to miejsce nieco ponad sto lat temu. Z drugiej strony, czy mamy rzeczywiste wyobrażenie jak wyglądało życie w naszych miastach i miasteczkach pod koniec XIX wieku? Nie wydaje mi się, aby różnica była istotna. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w Hararze jest jeszcze bardzo dużo prawdziwego życia. Jak w całej Etiopii.


Harar. Jugol.  Tuż za Harar Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Abdela Sherif Harari City Museum.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Feres Megala.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Motoryzacja.

Harar. Jugol. Minaret.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market). Jatka - każdy czeka na swoją kolej do resztek.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol

Harar. Jugol. Chłopiec.

Harar. Jugol. Okolica Erer Gate.

Harar. Jugol.

Harar. Gidir Megala (Grand Market)

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Awokado juice w kawiarni  w Gerazmatch House.
Harar. Jugol.
Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House.



Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House. Pan właściciel prezentuje jakość soku z awokado i mango.
Harar. Jugol.
Harar. Jugol. Fabryka kawy.

Harar. Jugol. Shewa Gate. Old Christian Market.

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.) - wylot na Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.).


piątek, 22 stycznia 2016

Poszukiwacze zaginionej arki

14-15 stycznia 2016 r.

Przedpołudniem przylecieliśmy na malutkie lotnisko w Aksum. Wcześniej zarezerwowaliśmy pokój w Africa Hotel. Pierwszym z brzegu hotelu z przewodnika i najpopularniejszym wśród backpakersów. Cena za pokój z łazienką to 250 Birr (single dla dwóch osób bez śniadania, ale z odbiorem z lotniska). Jak zwykle najpierw poszliśmy uzupełnić poziom węglowodanów do juice baru. Formalnie w hotelu jest bardzo dobry zasięg wi-fi, ale po raz kolejny nie oznaczało to możliwości uzyskania realnego połączenia.

Centralnym punktem Aksum jest wielki plac pośrodku którego rośnie piękny i olbrzymi figowiec. Wygląda on jak archetypiczne drzewo z dawnych afrykańskich powieści podróżniczych. Pod jego rozłożystą koroną mieści się kilka tradycyjnych kawiarni. Postanowiliśmy przysiąść tam na chwilę. Bieżącą wodę zastępuje wielki plastikowy kanister i dwie miski. Jedna służy do wstępnego mycia naczyń, druga do ostatecznego. Oprócz tego jest kilka malutkich stołeczków, naczynie na węgiel drzewny, wachlarz do rozdmuchiwania żaru i gliniany dzbanek do przyrządzania buny. Kawa jest też na miejscu palona z zielonych surowych ziaren na małej blaszanej patelni. Gdy pani właścicielka kawiarni stwierdzi, że kawa jest już upalona, to podsuwa kopcącą patelnię pod nos klienta. Nasza aprobata dla dymu i woni dobywającej się z rondelka, bo przecież doskonale znamy się na paleniu kawy domowym sposobem, oznaczała, że można ziarna utłuc na boku w moździerzu. Reszty można się już domyśleć. Przy podawaniu kawy, oprócz filiżanek z czarnym ukropem, dostaje się też naczynie z węgielkami posypanymi ziołami zapachowymi. Zgodnie z rytuałem należy zaliczyć trzy takie tury. Należy jednak pamiętać o mocy tutejszej kawy, późniejszych trudnościach ze snem, jeżeli coffee ceremony dosięgnie nas wieczorową porą, a także o ewentualnych zaleceniach lekarskich w przypadku np. nadciśnienia tętniczego. Cena takiej kawy waha się od 5 do 10 Birr. W lokalach dla lokalsów buna może być darmowa przy posiłku. Nieco dalej jest jeszcze jeden taki figowiec. Z okien autobusów tego typu drzewa widać co jakiś czas, ale ten w Aksum był wyjątkowy.

Budynki otaczające placyk, w zasadzie bez wyjątku, opanowane zostały przez warsztaty krawieckie i sklepy tekstylne. Wiele fasad jest pomalowanych w bardzo jaskrawych kolorach. Domy przy Pazza mają też podcienia, co jest prawdziwym ewenementem. To wszystko sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Ameryka południowa może to nie jest, ale na afrykańskie warunki jest bardzo ok. W rejonie wspomnianego figowca i Piazza grasują też młodociani fanatycy piłki nożnej, którzy nie odstępowali nas na krok żądając zakupienia im piłki. Nie są jednak w żadnym wypadku niebezpieczni i odmowa nie grozi uszczerbkiem na zdrowiu, ani rabunkiem dobytku. Za Piazza w kierunku zachodnim znajduje się tzw. old quarter. Warto tam się zapuścić i zobaczyć zarówno ładne kamienne domki, jak i real african life w wydaniu relatywnie dużego i dobrze zorganizowanego uniwersyteckiego miasta.

Następnie odwiedziliśmy park archeologiczny ze słynnymi stellami. Wstęp kosztuje 50 Birr. Bilet jest ważny przez trzy dni i obejmuje wszystkie miejscowe zabytki z wyjątkiem kościołów. Te ostatnie jednak zupełnie odpuściliśmy, gdyż są dostępne wyłącznie dla mężczyzn. Z tego samego powodu zrezygnowaliśmy z wyjazdu do klasztoru Debre Damo. W parku stelli szczególnie imponujące są dwa stojące obeliski. Pierwszy to Rzymski Obelisk, o wysokości 24,6 m, który na rozkaz Mussoliniego został przewieziony do Rzymu i zdobił jeden z placów Wiecznego Miasta aż do 2005 roku. Drugim imponującym i nadal stojącym obeliskiem jest stella króla Ezany o wysokości 23 m. Obecnie jest ona „nieco” odchylona od pionu i utrzymywana jest przez specjalną konstrukcję. Trzecia stella, Wielka Stella albo stella króla Ramahai, nadal jest najbardziej interesująca, choć – jak się przypuszcza – upadła i przełamała się na kilka części już przy próbie ustawienia jej pionowo, co miało miejsce na początku IV w.n.e. Wielka Stella jest podobno największym monolitycznym obeliskiem, jaki człowiek kiedykolwiek próbował wznieść. Większość obelisków ma płaskorzeźbienia składające się z niby drzwi i niby okienek, które prawdopodobnie związane są z symboliką przejścia w zaświaty. Pozostałe obeliski, niektóre ustawione pionowo, inne leżące na ziemi, są mniej interesujące. W tym kompleksie są też dostępne podziemne krypty oraz muzeum. Podobno 90% obszaru na których znajduje się park ze stellami nie zostało jeszcze przebadanych archeologicznie. W pobliżu jest jeszcze jeden park archeologiczny ze stellami, Gudid Stealae Field, ale my już sobie darowaliśmy jego odwiedzenie.

Pierwszego dnia w Aksum zdążyliśmy jeszcze zobaczyć tzw. łaźnie królowej Saby. Ten spory zbiornik znajduje się blisko głównego, północnego, parku archeologicznego ze stellami. Obecnie służy jako zbiornik wody prawdopodobnie pitnej. Mimo brązowej barwy widać, jak kobiety i dzieci nabierają wodę do ogromnych kanistrów i odchodzą z ciężkim ładunkiem do domów. Takiemu celowi zbiornik służył także w przeszłości i tylko legenda wiąże go z potrzebami higienicznymi królowej Saby.

Następnego dnia poszliśmy najpierw do kompleksu kościołów St. Mary of Zion (Tsion) oraz obejrzeć budynek, gdzie ma być przechowywana Arka Przymierza (wszystkie obiekty znajdują się w jednym miejscu). Zważywszy, że nowy kościół St. Mary of Zion, wybudowany na polecenie Najjaśniejszego Pana Hajle Selassie, nie jest szczególnie atrakcyjny (stanowi rodzaj kopulastego okrąglaka), że stary kościół (trzecia jego wersja, bo dwie starsze były sukcesywnie niszczone przez najazdy islamistów z sąsiadujących terytoriów) nie jest dostępny dla kobiet oraz z uwagi na fakt, że kaplica z Arką Przymierza też nie jest ciekawa, nikogo tam nie wpuszczają (oprócz jednego dożywotnio wyznaczanego księdza), a bladym twarzom nie pozwalają zbliżyć się nawet na rzut kamieniem do ogrodzenia, długo zastanawialiśmy się, czy warto jest wydać po 200 Birr na taką atrakcję. Ostatecznie zdecydowaliśmy się. Naszym zdaniem najciekawsze jest muzeum, które zawiera sporo interesujących eksponatów starszych i młodszych. Oprócz jakości eksponatów, po raz kolejny, zadziwił nas stan ich przechowywania. Wszystko jest tam kompletnie zakurzone, a w czasie naszego pobytu myszy głośno buszowały za lub w środku szafy z szatami cesarskimi.

Następnie poszliśmy zobaczyć etiopską wersję Rosetta Stone, czyli King Ezana's Inscription. Znajduje się ona w bardzo niepozornej budce po lewej stronie drogi prowadzącej obok tzw. łaźni królowej Saby. Jak zwykle kamień został odkryty przypadkowo w 1988 r. Jest on zapisany z trzech stron w językach sabeańskim, ge'ez i w grece. Kamień pochodzi z ok. III. w. n.e., a zapis ma dotyczyć, ni mniej ni więcej,wielkich dokonań króla Ezany.

Nieco dalej znajdują się grobowce królów Kaleba i Gebre Meskela. Aby tam dotrzeć trzeba iść dalej tą samą drogą jeszcze kilka chwil w kurzu i pyle. Po drodze napotkaliśmy całą masę dzieciaków, które zależnie od potrzeb wysuwały roszczenia finansowe (hallo money), chciały być dożywione (hallo candy) albo zgłaszały braki w wyprawkach szkolnych (give me a pen). My mieliśmy tylko cukierki, ale dawkowaliśmy je ostrożnie, bo wszystkich potrzeb w Aksum nie mogliśmy zaspokoić.

Później poszliśmy oglądać starą dzielnicę. Jej krótki opis już zamieściliśmy powyżej. Naszym zdaniem zdecydowanie warto tam pójść.

Po wyczerpaniu zapasów energii odpuściliśmy sobie zwiedzanie ruin poza miastem i poszliśmy uzupełnić węglowodany i proteiny.

Następne dni naszych wakacji chcieliśmy spędzić w miejscowości Wukro, które jest położone ok. 300 km od Aksum. Niestety oznaczało to, że najpierw trzeba pojechać do miejscowości Adwa. Tam konieczna jest zmiana środka lokomocji na jadący do Adigratu. W Adigracie zaś należy przesiąść się do autobusu jadącego do Mekele. Wukro jest położone ok. 45 km przed Mekele. Reasumując mieliśmy w perspektywie cały dzień jazdy etiopską komunikacją zbiorową. To zazwyczaj wymaga uprzedniego i następczego wypoczynku.

W Aksum można zorganizować sobie wycieczkę do Danakil Depression (bardzo drogo; nie mniej niż 125-150$ za dzień za osobę; wycieczka zaś trwa zazwyczaj 4 dni i 3 noce) albo do kościołów w Tigrai. Ta ostatnia wycieczka to w przypadku dwóch osób wydatek 250$ (samochód z kierowcą i jeden nocleg, ale bez wstępów do kościołów). My postanowiliśmy pojechać do kościołowego epicentrum samodzielnie i na miejscu w Wukro poczynić odpowiednie kroki. Zamierzaliśmy się bowiem skupić na kościele w samym Wukro i na trzech kościołach znajdujących się w rejonie wiosek Dinglet, Teka i Tesafi (Takatisfi Clouster). Danakil Depression poczeka, aż wyjazdy tam będą bardziej przystępne, a w szczególności nie trzeba będzie się opłacać kacykom z pogranicza Erytreii oraz wynajmować uzbrojonej obstawy.

Na zakończenie opisu naszego pobytu w Aksum chcemy jeszcze dodać, że  fakt przechowywania Arki Przymierza w Aksum wydaje nam się oczywistą mistyfikacją, choć wszyscy miejscowi są święcie przekonani o prawdziwości takiego twierdzenia...




Piazza i wielki figowiec
Kolorowe fasady w Aksum
Wielka stella
Stary kościół St. Mary of Zion (trzeci z kolei)
Stella króla Ezany
Kaplica gdzie ma być przechowywana Arka Przymierza