Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avocado. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą avocado. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 października 2016

Harar

21 stycznia 2016 r.

Aby uniknąć podróży autobusem do Hararu, jeszcze będąc w Mekele, kupiliśmy bilet na lot do Dire Dawa. Nie żebyśmy się obawiali niewygód, ale po kilkunastogodzinnej podróży z Mekele poprzedniego dnia po pierwsze mieliśmy małe szanse na bilet na kurs w dniu 21 stycznia, a po drugie chyba nie bylibyśmy zdolni do pobudki dzień po dniu na autobus ok. 03.00 rano. Dlatego też wybraliśmy bezpośredni lot do Dire Dawa ok. 13.00. Miało to gwarantować odespanie zaległości i spokojną zbiórkę na lotnisko. Śniadanie zjedliśmy w hotelowej restauracji Itaque Taitu Hotel. Jest to bardzo klimatyczne, kolonialne miejsce, ale jedzenie nie było szczególne. Bardzo skromny był wybór etiopskich dań. Ograniczał się on w zasadzie do injera fir-fir, która nieco mi się już znudziła (był to też pierwszy mój posiłek w kraju po przylocie).

Taksówka z hotelu na lotnisko kosztowała 200 Birr. Przy wjeździe na parking kierowcy samochodów muszą uiścić opłatę za parking, coś ok. 10 albo 20 Birr. Trzeba zatem uzgodnić z taksówkarzem, czy cena za kurs zawiera tę opłatę, czy nie. Teoretycznie można dojechać do lotniska minibusem, właściwie tylko do pobliskiego ronda. Z tego miejsca jest jednak jeszcze kilkaset metrów do terminala. Mało kto się na to decyduje, zwłaszcza z bagażem. Można zatem uznać, że w Addis na razie nie istnieje transport publiczny na lotnisko. Należy jednak wspomnieć, że Chińczycy, których jest tutaj zatrzęsienie, coś przy lotnisku intensywnie budują. Jeżeli powstanie nowy terminal zapewne będzie też połączenie z istniejącym nadziemnym metrem, które też powstało przy udziale Państwa Środka.

Na lotnisku byliśmy pierwsi przy kontuarze do check in. Mimo tego pani z rozbrajającą szczerością oznajmiła nam, że na nasz lot jest overbooked i w związku z tym wyślą nas do Dire Dawa samolotem o 16.00 przez Jigja. Piękny początek. Oznaczało to, ni mniej ni więcej, kolejny cały dzień w podróży. To jeszcze nic bo przecież o to właśnie chodzi. Jednak siedzenie cały dzień na lotnisku w Addis to średnia przyjemność. Po rozmowie z przełożoną pani z check in desk okazało się, że jednak faranji zmieszczą się w samolocie o 13.00. Dzięki temu mieliśmy szansę dojechać ok. 16. do Hararu. Nadzieja okazała się być jednak płonna. Nasz lot najpierw się opóźniał. Ostatecznie odlecieliśmy o 16. i to nie bezpośrednio do Dire Dawa, ale najpierw do Jigja. Nie wiem jak było to możliwe skoro mieliśmy bilety na lot bezpośredni. Tajemnicza historia. Myślę że jeden lot miał overbooking, a drugi był prawie pusty. Dzięki temu zabiegowi linia zrealizowała tylko jeden pełny lot. Tak to wyglądało w naszych oczach. Choć nie wyobrażam sobie, aby poważna linia lotnicza (Ethiopian) robiła tego typu czary mary. Niestety nie jest to Unia Europejska i nie obowiązują tu europejskie reżimy odszkodowawcze.

W Dire Dawa byliśmy już po zachodzie słońca. Z lotniska do miasta zabrał nas i jeszcze jedną mikro Japonkę pewien pan, który wracał do domu z Chin. Złapaliśmy ostatniego busa do Hararu i już ciemną nocą dotarliśmy na miejsce. Kierowca wysadził nas tuż przy naszym Harar Ras Hotel. Rezerwacji dokonaliśmy telefonicznie jeszcze na lotnisku w Addis. Hotel był całkiem ok. Za jedynkę z łóżkiem wystarczającym dla dwóch osób (choć nieco wąskim) i jednym bufetowym śniadaniem płaciliśmy 500 Birr. Śniadanie dla drugiej osoby kosztowało ekstra 80 Birr. Była to w zasadzie jedyna opcja hotelowa dostępna do rezerwacji telefonicznej. W pozostałych interesujących nas hotelach nikt nawet nie podnosił słuchawki telefonu albo automat informował o tym, że numer nie jest aktualny. Dziwne to było bo numery były zgodne z Lonely Planet, z Rough Guide i z najnowszą książką Brandta. Myślałem nawet, że w Hararze była jakaś zmiana numeracji. Suma sumarum nie wyszło źle. I tak nie zamierzaliśmy spać w żadnym z heritage house. Bo i drożej - 20$ od osoby. I bez łazienki, a Agnieszka tym razem zaprotestowała odnośnie braku takiej wygody. Nasz hotel był położony 15 minut spacerem od Harar Gate i murów starego miasta w chrześcijańskiej części miasta. Moim zdaniem była to najlepsza opcja w mieście w tym przedziale cenowym. Kiepska była tylko łazienka, gdyż po kąpieli woda słabo odpływała tworząc kałużę na posadzce. Nie był to dla nas jednak istotny problem. Kąpaliśmy się i tak w japonkach, więc problem leżał bardziej po stronie hotelu i pań pokojowych. Tego dnia pozostała nam energia i ochota tylko na kolację, ale i tu zdarzył się wypadek. Zamówiliśmy dania w hotelowej restauracji. Dla odmiany zamówiliśmy jakieś wege danie z injerą dla pewności wskazując panu kelnerowi palcem pozycję w jadłospisie. Przyjechała injera i cztery gliniane kociołki. Z jednego, ku naszej zgrozie, wystawy kości jakiejś istoty. Pierwszy raz w życiu powiedziałem panu kelnerowi, co o tym wszystkim myślę i pan musiał zabrać danie. Z odmiany jadłospisu wyszło nico. Zjedliśmy znowu shiro. Całe szczęście było pyszne. Możliwe że byliśmy zbyt wygłodniali żeby dalej marudzić.

22 -24 stycznia 2016 r.

Śniadanie było bufetowe z relatywnie dużym wyborem lokalnych dań. Na stanie była injera, injera z injerą - czyli fir fir, coś na kształt ful – w wersji z kawałkami pszennej bułki z sosem pomidorowym, makarony, ryż z warzywami, tosty francuskie, tosty i naleśniki. Nie było jajecznicy. Ponadto sok z papaji - pyszny, kawa-killer i herbata. Wolę klasykę w lokalnej knajpie, ale było ok.

Harar dzieli się ogólnie na stare miasto za murami - „Jugal” - zdominowane przez muzułmanów i nowe  miasto czyli żywioł chrześcijański. Spacer do murów starego miasta zajmował nam kilkanaście minut. Bajaj nie jest niezbędny. Po drodze przechodzimy m.in. obok biur sprzedaży Selam Busa (po lewej stronie drogi na początku małej przecznicy) i Sky Busa (po prawej stronie w narożnym budynku na pierwszym pietrze; wchodzi się schodami przez klatkę schodową).

Bardzo chciałem tu przyjechać. Już samo imię miasta powoduje mrowienie na plecach. Tu jest niekwestionowana stolica islamskiej Etiopii. Pierwszy biały człowiek, Sir Richard Francis Burton, przybył tu w połowie XIX wieku (1855r.) i spędził w mieście kilka miesięcy jako gość albo więzień miejscowego księcio-kacyka, sam chyba nie był całkowicie przekonany co do charakteru swojego pobytu. Jego opis tego miejsca nie jest zbyt pochlebny. Niedługo po nim przyjechał do Hararu pewien dezerter z holenderskiej armii na Jawie, Artur Rimbaud. W jakim celu tu przybył i mieszkał tego dokładnie nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że trudnił się handlem albo przemytem. Faktem jest, mieszkał w Hararze 11 lat i wyjechał dopiero, gdy był śmiertelnie chory na raka. Choroba była krótka i niedługo po powrocie do Francji i amputacji nogi poeta zmarł. Skoro Artur Rimbaud, niekwestionowana gwiazda francuskiego symbolizmu, spędził w takim miejscu 11 lat swojego 37. letniego życia znaczyć musi, że jest to miasto wyjątkowe. Z pewnością nie ma takiego drugiego miasta w Etiopii. To pewne. Niektórzy porównują tutejszy labirynt starego miasta do Fezu. Nie wiem, czy to jest słuszne, bo nie byłem w Maroku. Najbliższe mi odniesienie to irański Yazd. Może to skutek mojego sentymentu do Persji, ale Yazd i jego niemal monochromatyczne gliniane stare miasto stoi architektonicznie kilka klas wyżej od Hararu. Przeciwnie do Hararu tam jest jednak pusto na ulicach. Tu ludziska się często pojawiają, a czasem nawet kłębią w nadmiarze, choć i tu i tam mieszkają Muzułmanie (tu Sunnickiego, tam Szyickiego obrządku).

Jugal nie jest duży. Otacza go mur z pięcioma bramami. Wśród nich są współczesne bramy przystosowane dla transportu samochodowego, są zwykłe wyrwy w murach, ale są i całe bramy wyzute jedynie z drzwi. Moim zdaniem nie ma potrzeby eksploracji każdego zaułka. Wystarczą dwa spacery, najlepiej o różnych porach dnia, aby zaspokoić ciekawość tego miejsca. Warto też usadowić się w kawiarni na tarasie budynku w którym miał się kiedyś mieścić skład kolonialny Artura Rimbaud (Gerazmatch House). Podają tam pyszne soki i kawę, jest też ratująca życie zimna cola, sympatyczny właściciel oraz przemiła obsługa znajdująca się nieustannie „na wysokości”. Jest to też doskonały punkt obserwacyjny na główny plac miasta – dawny koński targ (Feres Megala). Trzeba wiedzieć jednak, że choć Harar to miasto starożytne i wpisane na listę UNESCO, to w istocie trudno będzie nam to dostrzec w jego materialnej substancji. Jest kilka ładnych kolonialnych budynków. W tym prywatne muzeum Abdela Sherif Harari City Museum, domniemany dom Rimbaud (z bardzo ciekawymi zdjęciami z epoki). Reszta miasta nie wygląda antyczne. Domy, zwyczajem muzułmańskim, są bowiem zwrócone do środka. Na zewnątrz prezentują tylko wysokie mury i bramy. Cztery z nich przyjmują na nocleg turystów. Kilka innych za opłatą można zwiedzić. Kosztuje to ok. 50-60 Birr i sprowadza się do przejścia przez dziedziniec i obejrzenia kolorowej głównej izby domu. Często będą tam domownicy co może być krępujące dla obu stron. Moim zdaniem nawet bardziej dla turysty. W obrębie starego miasta jest podobno ok. 100 meczetów i sanktuariów. Większość z nich to jednak przybytki prywatne. Główny meczet piątkowy, choć istnieje tu ok. 800 lat, to w obecnej bryle tylko kilkadziesiąt, nie jest zbyt ciekawy. Trzeba wspomnieć, że w pierwszej przecznicy za meczetem piątkowym po lewej stronie jest niesamowita palarnia kawy. Można tam wejść i zobaczyć na żywo jak zielone ziarna stają się produktem służącym do parzenia kawy. Jest tam też prowadzona sprzedaż detaliczna. Cena za 1 kg kawy to 160 Birr. Ja nie jestem kawoszem, ale muszę przyznać zapach jaki roznosi się w całej uliczce jest piękny.

Inną atrakcją Hararu jest karmienie hien. Są tu dwa takie miejsca. Starsze i podobno liczniej odwiedzane przez hieny znajduje się w okolicy jatki muzułmańskiej za murami miejskimi na drugim końcu miasta (trzeba przejść przez całe miasto, plac Feres Megala, iść obok meczetu piątkowego i za bramę. Drugie stanowisko znajduje się bliżej przy rzeźni chrześcijańskiej jest młodsze i podobno odwiedza je mniejsza liczba zwierzaków. Aby tam trafić trzeba z placu Feres Megala skręcić w lewo na dół, przyjść przez bramę i iść prosto przez mostek i skręcić w prawo. Po kilkudziesięciu metrach zobaczymy duży budynek. Będziemy na miejscu. My przyszliśmy oglądać hieny do jatki chrześcijańskiej z czystego lenistwa, bo bliżej. Usiedliśmy na schodkach przy ścianie szczytowej budynku i czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Koszt udziału w takim spektaklu do 50 Birr od osoby, choć zawsze będą od nas żądać więcej pieniędzy. Cena będzie nieco wyższa jeśli chcemy robić zdjęcia. Hieny przychodzą dopiero po zmroku więc ze zdjęć będą nici, chyba że mamy sprzęt bardzo czuły. Nasze spotkanie z hienami wypadło bardzo blado. Pan przywoływał je bardzo wytrwale. Po pewnym czasie pojawiły się dwa osobniki. Nie były jednak zainteresowane jedzeniem. Pierwsza hiena zniknęła tak szybko i sprawnie jak się pojawiła. Druga została trochę dłużej. W końcu też uciekła na widok nadjeżdżającego tuk tuka. Właściwie wyglądało to tak, jakby oba zwierzaki zostały na nasze przyjście wygonione z jakiejś komórki. Później żałowałem, że w ogóle zapłaciliśmy za to „widowisko”. Poznaliśmy jednak wtedy Bartka z Warszawy, a właściwie z Gliwic. Była to kolejna bardzo fajna osoba z Polski jaką spotkaliśmy w Etiopii. Później spotkaliśmy się jeszcze przy powrocie w Addis. Lecieliśmy tym samym samolotem do Istambułu. W Addis Bartek nam powiedział, że widział samopas wałęsające się hieny po mieście, gdy jeszcze ciemną nocą szedł na autobus do Addis. Nienaturalność spektaklu i faktyczne fiasko obejrzenia procederu karmienia hien zniechęciła nas, aby następnego wieczoru iść do jatki muzułmańskiej.
W Hararze nasza wycieczka mentalnie dobiegła końca. Z powodów ograniczeń wizowych nie mogliśmy pojechać do Somalilandu, choć był on już w zasięgu ręki. Będzie trzeba zatem jeszcze raz odwiedzić Harar. Na południe kraju nie chcieliśmy jechać. Zatem do wyboru mieliśmy albo dłużej zostać w Hararze albo jechać do Addis. Ostatecznie zadecydowała dostępność biletów autobusowych. Kupiliśmy bilety w Sky Bus na 24 stycznia 2016 roku.


Podsumowując, będąc w Etiopii trzeba przyjechać do Hararu. Miasto jest bardzo interesujące i zupełnie inne od reszty kraju. Nie spodziewajmy się jednak, że przekraczając bramy Harar Jugol przeniesiemy się osiemset lat wstecz. Brakuje tu może niektórych usług właściwych dla świata zachodniego i początku XXI wieku, ale nawet na starym mieście są telefony komórkowe i telewizja satelitarna. Można też wątpić, czy cała starówka w Hararze zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa. Co tu robił Rimbaud przez tyle lat. Nie wiem. Podobno nie pisał już wtedy poezji. Może rozsmakował się w chacie, którego Harar jest niekwestionowaną stolicą (jeżeli przyjdzie komuś do głowy zakupienie tu tego ziela powinien najpierw spytać kogoś zaprzyjaźnionego, np. kelnera w kawiarni Gerazmatch House, ile on powinien kosztować i gdzie dokładnie należy go kupić). Może szukał tu samotności i zapomnienia. Zdjęcia z epoki odkrywania przez białego człowieka czarnego lądu prezentowane w domniemanym domu poety dają pewne wyobrażenie jak wyglądało to miejsce nieco ponad sto lat temu. Z drugiej strony, czy mamy rzeczywiste wyobrażenie jak wyglądało życie w naszych miastach i miasteczkach pod koniec XIX wieku? Nie wydaje mi się, aby różnica była istotna. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w Hararze jest jeszcze bardzo dużo prawdziwego życia. Jak w całej Etiopii.


Harar. Jugol.  Tuż za Harar Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Abdela Sherif Harari City Museum.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Feres Megala.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Motoryzacja.

Harar. Jugol. Minaret.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market). Jatka - każdy czeka na swoją kolej do resztek.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol

Harar. Jugol. Chłopiec.

Harar. Jugol. Okolica Erer Gate.

Harar. Jugol.

Harar. Gidir Megala (Grand Market)

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Awokado juice w kawiarni  w Gerazmatch House.
Harar. Jugol.
Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House.



Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House. Pan właściciel prezentuje jakość soku z awokado i mango.
Harar. Jugol.
Harar. Jugol. Fabryka kawy.

Harar. Jugol. Shewa Gate. Old Christian Market.

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.) - wylot na Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.).


środa, 13 stycznia 2016

Jezioro Tana

09 stycznia 2015 r.

Rejs i klasztory na jeziorze Tana okazały się sporą klapą. Trzy na cztery zakontraktowane klasztory to kompletna porażka. Do piątego nie pozwolono nam nawet pójść z uwagi na brak czasu.

Pierwszy na trasie naszego rejsu był Entos Eyesu. Klasztor położony jest na maleńkiej wyspie i naszym zdaniem jest zupełnie nieinteresujący. Jest to nowy okrąglak, pokryty blachą falistą z pachnącymi nowością kolorowymi malowidłami w stylu ortodoksyjnym. Jedyną ciekawostką jest to, że jest to jednocześnie męski i żeński klasztor... Cena za wstęp 100 Birr. Naszym zdaniem lepiej jest wydać taką kwotę np. w pijalni soków (wystarczy na 5 pysznych soków i jeszcze na spory napiwek dla kelnerki) albo na rzeczywistą bezpośrednią dobroczynność, która jest bardzo tu potrzebna.

Na drugiej wysepce jest klasztor Keban Gabriel. Wstęp 100 Birr, ale mogą go obejrzeć tylko mężczyźni i wyłącznie z zewnątrz. Kobiety mogą sobie posiedzieć przy mnisim straganie albo pójść do tzw. muzeum za kolejne 50 Birr only.

Trzeci klasztor to Azuwa Myryam położony na półwyspie Zege. Wstęp kosztuje kolejne 100 Birr. Tym razem jednak warto było go zobaczyć, choć 5$ od osoby to słona opłata za wejście. Azuwa Myryam jest drewniany, okrągły i pokryty strzechą. Z zewnątrz jest całkowicie odnowiony. Robotnicy kładą ostatnie wiązki słomy na dachu. Jego wewnętrzna struktura trochę przypominała mi stupy tybetańskie. Nawet zapach w środku był trochę podobny do tego obecnego w buddyjskich świątyniach w Tybecie, choć w klasztorach koptyjskich nie palą się świece z masła z mleka jaków. Wewnętrzne ściany w całości są pokryte starymi, moim zdaniem, nienajgorszymi freskami. Wiele z nich, jak to w chrześcijaństwie, ma tematykę przygnębiającą albo pełną wszelakiego okrucieństwa. Sam środek był zamknięty. Dostępna była tylko jakby galeria pomiędzy zewnętrznymi ścianami i znajdującym się w środku koła "prezbiterium". To właśnie ściany tego prezbiterium są pokryte malowidłami. Przed wejściem obowiązkowo zdejmujemy buty.

Mimo jasnego postanowienia w umowie nie mogliśmy pójść do drugiego klasztoru na półwyspie Zege - Ura Kidane Meret. No cóż, nie chcieliśmy, aby łódka odpłynęła bez nas.

Ostatni klasztor na naszym rejsie to Debre Maryam. Podobno bardzo starożytny (z XIV albo nawet z XII wieku), ale obecnie wymurowany kościół to budowla z surowych betonowych pustaków i poryta blachą falistą. Także Debre Maryam to typowy lokalny okrąglak. Nie inaczej i w tym wypadku cena wstępu to 100 Birr od osoby. Jedynym ciekawym elementem jest tu tzw. muzeum. Pan mnich otwiera na życzenie budkę i na ladzie, jak w sklepiku, prezentuje naprawdę imponujące pergaminowe rękopisy. Mnich jest z nich bardzo dumny, ale sposób zabezpieczenia muzeum, stopień zużycia ksiąg i warunki ich przechowywania wskazują, że nie będą już długo istniały przynajmniej w tym miejscu.

Blue Nile Outlet lepiej jest obejrzeć z mostu na który można się udać pieszo lub tuktukiem z Bahir Daru. Hipopotamów nie zaobserwowaliśmy. W czasie rejsu mija się też spore kolonie pelikanów, ale widzimy je ze znacznej odległości.

Wycieczka na osobę kosztowała 250 Birr (bez wstępów do klasztorów) i trwała ok. 5 godzin. Jeśli ktoś bardzo chce, to sprawę może załatwić bezpośrednio na nabrzeżu omijając wszystkich naganiaczy (nawet tych stojących w drzwiach biura danego "armatora"). Przewodnik radzi, aby wybrać łódkę z silniejszym silnikiem - 40 KM (pozostałe mają nie więcej niż 20 KM, a po południu może wiać spory wiatr i słabsza łódka podobno może mieć problem z powrotem do przystani; te ze słabszym silnikiem, które widziałem wracały bez żadnego problemu), sprawdzić jej stan, liczbę zabieranych pasażerów i ilość kamizelek ratunkowych.

Naszym zdaniem lepiej jest jednak pojechać tylko do klasztorów na półwyspie Zege. Można to zrobić samodzielnie mikrobusem za promil ceny rejsu łódką. Można też przynajmniej w jedną stronę popłynąć publicznym promem. Prom z Bahir Dar odpływa ok. 07.00 z nabrzeża.

Naprawdę nie wiem, co nas podkusiło z tą łódką.

Powyższe nasze doświadczenia tego dnia sprawiły, że musieliśmy pilnie odreagować stres. Skutkiem tego, po powrocie do Bahir Dar, oddaliśmy się kompulsywnemu obżarstwu. Najpierw była obiado-kolacja (Agnieszka zjadła pizzę z kapustą (!), a ja shiro i injerę). Następnie usadowiliśmy się w naszej ulubionej pijalni soków (Agnieszka wypiła kufel soku z awokado, a ja dwa - jeden z mango i drugi ananasowy). Później w ulicznej kawiarni skosztowaliśmy etiopskiego wynalazku ja w wersji lokalnej (buna) Agnieszka w wersji de luxe - macchiato. Spokój nadszedł, gdy w drodze do hotelu skosztowaliśmy nieco ulicznych specjałów.

O 18.30 byliśmy już w hotelu. Następnego dnia o 05.30 mieliśmy umówionego tuktuka na dworzec, a tam miał na nas czekać busik jadący do miejscowości Weldiya. Musieliśmy wysiąść w pół drogi w miejscowości Gashena. Z tego miasta jest już tylko 64 km ziemną i górską drogą do Lalibeli.



Azuwa Maryam
Azuwa Maryam

niedziela, 20 grudnia 2015

02 stycznia 2016 roku; Addis Ababa

Przylecieliśmy o 07.30 rano. Odbiór bagażu, formalności wizowo graniczne i wyjście z lotniska zajęły nam ok. 2 godzin. Miesięczna visa-on-arrival kosztuje obecnie 50$ trzymiesięczna to koszt 70$. Na lotnisku nie ma opcji double albo multientry. Szkoda, zważywszy na plan wyjazdu do Somalilandu. 

Przed lotniskiem czekał na nas kierowca z Mr. Martin's Cozy Place, gdzie będziemy spać. Gest House jest wylistowany w przewodnikach Brand i Rough Guide. Ma też dobre recenzje na tripadvisor.com. Dwójka z łazienką i śniadaniem to wydatek 33 dolarów. Pokoje są czyste. Łazienki też. 

Koszt odbioru z lotniska to 13 dolarów. Podobnie trzeba zapłacić za taksówkę przedpłaconą na lotnisku. Wybraliśmy transport z naszego gesthausu, gdyż często taksówkarze nie znają bocznych ulic albo położenia tanich hosteli. Dlatego uznaliśmy, że chcemy szybko i sprawnie dostać się na miejsce i położyć do łóżek. Chcieliśmy się choć chwilę szybko przespać, gdyż pierwszego dnia musieliśmy zorganizować dalszą część podróży.

Sky Bus (biuro przy Taitu Hotel) miał dla nas bilety w kierunku Lalibeli dopiero na 06 stycznia. Dla nas zbyt późno, bo droga do Lalibeli zajmuje dwa dni. Przyjechalibyśmy na miejsce już po Gena. Salem Bus (biuro przy Meskel Square) chciał nas wieźć przez Bahir Dar, co też oznacza nie mniej niż dwa dni jazdy i nocleg na trasie. Było to tym bardziej niewygodne, gdyż do tego miasta chcemy przyjechać,  aby obejrzeć przełom Błękitnego Nilu i klasztory na jeziorze Tana, a nie tylko po to, aby zwiedzić dworzec. 

Poszliśmy więc do biura Ethiopian Airlines (Hilton Hotel) sprawdzić, czy obejmie nas promocja biletów dla osób, które przylatują do kraju z narodowym przewoźnikiem. Okazało się, że tak i za bilet w szczycie sezonu płacimy 72$ a nie 199$. Tanio nie jest, ale co najmniej dwa autobusy dalekobieżne i nocleg po drodze też nie byłyby za darmo. Mogę więc powiedzieć,  że nic nie dzieje się bez przyczyny i skasowany lot Turkish Airlines wyszedł nam, na dzisiaj, na dobre.

Gdyby Jacek i Ewa zdecydowaliby się pojechać umożliwiłoby im to zwiedzenie praktycznie całego kręgu historycznego w 2 tygodnie. Może jednak im tego nie powinienem mówić.

Ceny (część pierwsza):
1. Butelka wody (2l) - 15 birr. 
2. Danie w restauracji (wersje wegetariańkie) od około 45-70 birr. 
3. Mała butelka lokalnego piwa w restauracji ok 20-25 birr. 
4. Przejazd taksówką od ok. 100 birr - po lekkich negocjacjach (farangi prices).
5. Przejazd minibus od 1,5 birr. Do tej pory płaciliśmy nie więcej niż 3,50 birr. 
6. Za 1$ płacą 21 birr z lekkim ogonkiem. 

Poniżej sok z mango i z awokado w Bi Zon Bar.