Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bahir Dar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bahir Dar. Pokaż wszystkie posty

piątek, 22 stycznia 2016

Droga do Lalibeli

Droga do Lalibeli

11 stycznia 2016 r.

W Etiopii właściwie wszystkie dalekobieżne kursy autobusowe i minibusowe wyruszają w drogę o haniebnych godzinach. Z reguły najpóźniej o szóstej rano (00 czasu etiopskiego) – takie jest przynajmniej założenie rozkładu jazdy. Tak też było z naszym busikiem z Bahir Dar do Weldyi. Mieliśmy miejsca siedzące, ale o wygodzie można było tylko pomarzyć. Google twierdziło, że do Gasheny, gdzie musieliśmy wysiąść, będziemy jechać około trzy i pół godziny. Świeżo wybudowana chinese road prowadzi przez wioski i pola wspinając się na wysokość 4.321 m.n.p.m. Zadziwiające, że jeszcze niedawno droga ta nie była utwardzona. Po około trzech godzinach poklepałem pana kierowcę po ramieniu i powiedziałem, że prosimy o wysadzenie nas w Gashenie. Tak też się stało. W Etiopii, podobnie jak np. w Birmie, trzeba zazwyczaj zapłacić za całą trasę (w naszym przypadku za bilet z Bahir Dar do Weldyi), choć chcemy wysiąść w połowie drogi. Cena za przejazd wynosiła 15$ od osoby z uwzględnieniem podwiezienia nas z hotelu na dworzec.

Gashena to typowa osada wyrosła na skrzyżowaniu dróg. W tym przypadku zawdzięcza ona swoje istnienie głównej drodze z Gondaru i Bahir Dar do Weldyi (Woldiy) i Dessie. Można tu znaleźć połączenie do Lalibeli (64 km) albo do Kon. Powitały nas tu skutki wypadku drogowego. Jeden busik leżał na boku, drugi miał rozbitą szoferkę. Nie widziałem ofiar, ani karetki. Aby złapać autobus lub bus do Lalibeli należy przyjechać tu wcześnie. Jeśli dotrzemy po południu może to skutkować koniecznością pozostania w Gashenie na noc. Jest to możliwe, ale nie ma tu regularnego hotelu ani bed-and-breakfast w europejskim rozumieniu. Widziałem, że publiczne autobusy na trasie pomiędzy Dessie i Gondarem/Bahir Dar zatrzymują się w okolicach skrzyżowania z drogą odchodzącą do Lalibeli nie wjeżdżając na dworzec. Aby trafić na tak zwany dworzec autobusowy trzeba cofnąć się kilkaset metrów od skrzyżowania z drogą do Lalibeli w kierunku Bahir Daru i Gondaru, a następnie skręcić w przecznicę w lewo. Na końcu tej drogi znajduje się plac, który pełni rolę dworca dla licznych, ale nie wszystkich, minibusów i autobusów, w tym dla publicznego autobusu do Lalibeli. Ten ostatni odjeżdżał o godzinie dwunastej (czyli o szóstej czasu liczonego na sposób etiopski). Standardowo nasze bagaże wylądowały na dachu, a my ledwie mieściliśmy się na siedzeniach w środku. Razem z nami jechały jeszcze trzy blade twarze. Bilet kosztował 100 Birr. Tyle samo płacili nasi biali współpasażerowie za całą trasę z Dessie. Podróż ziemną, krętą i wyboistą górską drogą była trudna. Zajęła sporo ponad dwie godziny, choć jest to tylko ok. 64 km. Przez cały czas kierowca na cały regulator serwował lokalne rytmiczne przeboje.

W Lalibeli zarezerwowaliśmy telefonicznie nocleg w Alef (Aleif) Paradise Hotel za 25$ za etiopski pokój pojedynczy z dużym podwójnym łóżkiem i śniadaniem. Hotelik ten ma bardzo dobre opinie na tripadvisor.com. Ten sam pokój w czasie Geny albo Timkatu kosztuje 100$ only. Naszym zdaniem standard był niezły. Pokój miał balkon i okno na całą ścianę. Codziennie rano w zaroślach za oknem buszowała rodzina małych małpek. Niestety nie znam tego gatunku (po obu stronach pyszczków miały jakby białe bokobrody). Śniadanie było podstawowe. Do wyboru jedno danie z karty śniadaniowej plus kawa albo herbata, grzanki, mikro spodek z dżemem i masłem. Mleko do kawy ostatniego dnia już się nie zmieściło w standardowym zestawie śniadaniowym:). Poza okresem Geny i Timkatu w Lalibeli są generalne hotelowe pustki i można negocjować ceny noclegów. Warto zadzwonić i zapytać. Trzeciej nocy coś nas pokąsało. Nie widziałem chmury komarów, a i znaczna wysokość nad poziomem morza nie sprzyja rozwojowi tej plagi, czyli pozostaje druga ewentualność – bed bugs. Cóż, od czasu do czasu taki wypadek się zdarza w drodze. Ostatni pamiętam z Singapuru z dużo lepszego hotelu. Groźne to to nie jest, ale przez kilka dni trochę swędzi. Nie wolno drapać.

Tego dnia w Lalibeli poszliśmy tylko na kolację. Było już trochę za późno, aby sensownie zacząć zwiedzanie (kompleks jest czynny do siedemnastej, niektóre obiekty do osiemnastej). Warto się dobrze przygotować do zwiedzania, gdyż bilet, pięciodniowy (sic!), kosztuje równe 50$. Baaardzo słono zważywszy, że jest to faktycznie tylko kilka niewielkich kościołów. Co do zasady jest ich jedenaście, ale w ten sposób np. w Bazylice Mariackiej w Krakowie trzeba byłoby liczyć każdą kaplicę za odrębny kościół. Z drugiej strony pięciodniowy bilet nie ma żadnego uzasadnienia (jak np. kilkudniowe bilety w ogromnym kompleksie przy Siem Reap), bo w takim czasie można byłoby tu przeprowadzić kompleksowe wykopaliska archeologiczne. No cóż, faranji przyjechał, faranji zapłaci.

Swoją drogą to fascynujące, że aby dostać się do Lalibeli, gdzie przecież znajdują się największe atrakcje turystyczne kraju, a z pewnością jest to epicentrum kręgu historycznego, trzeba tłuc się co najmniej dwoma autobusami oraz nocować po drodze w Dessie, Weldyi albo Bahir Dar. Nie wspomnę już o ostatnim odcinku drogi z Gasheny, który w obecnym stanie dla zwykłego auta jest przejezdny, moim zdaniem, tylko w porze suchej. Gdzieś też czytałem, że Lalibela jeszcze w latach 70. XX wieku była właściwie odcięta od świata...

Jutro zobaczymy Bet Giyorgis. Nie uwzględniam możliwości rozczarowania.



środa, 13 stycznia 2016

Jezioro Tana

09 stycznia 2015 r.

Rejs i klasztory na jeziorze Tana okazały się sporą klapą. Trzy na cztery zakontraktowane klasztory to kompletna porażka. Do piątego nie pozwolono nam nawet pójść z uwagi na brak czasu.

Pierwszy na trasie naszego rejsu był Entos Eyesu. Klasztor położony jest na maleńkiej wyspie i naszym zdaniem jest zupełnie nieinteresujący. Jest to nowy okrąglak, pokryty blachą falistą z pachnącymi nowością kolorowymi malowidłami w stylu ortodoksyjnym. Jedyną ciekawostką jest to, że jest to jednocześnie męski i żeński klasztor... Cena za wstęp 100 Birr. Naszym zdaniem lepiej jest wydać taką kwotę np. w pijalni soków (wystarczy na 5 pysznych soków i jeszcze na spory napiwek dla kelnerki) albo na rzeczywistą bezpośrednią dobroczynność, która jest bardzo tu potrzebna.

Na drugiej wysepce jest klasztor Keban Gabriel. Wstęp 100 Birr, ale mogą go obejrzeć tylko mężczyźni i wyłącznie z zewnątrz. Kobiety mogą sobie posiedzieć przy mnisim straganie albo pójść do tzw. muzeum za kolejne 50 Birr only.

Trzeci klasztor to Azuwa Myryam położony na półwyspie Zege. Wstęp kosztuje kolejne 100 Birr. Tym razem jednak warto było go zobaczyć, choć 5$ od osoby to słona opłata za wejście. Azuwa Myryam jest drewniany, okrągły i pokryty strzechą. Z zewnątrz jest całkowicie odnowiony. Robotnicy kładą ostatnie wiązki słomy na dachu. Jego wewnętrzna struktura trochę przypominała mi stupy tybetańskie. Nawet zapach w środku był trochę podobny do tego obecnego w buddyjskich świątyniach w Tybecie, choć w klasztorach koptyjskich nie palą się świece z masła z mleka jaków. Wewnętrzne ściany w całości są pokryte starymi, moim zdaniem, nienajgorszymi freskami. Wiele z nich, jak to w chrześcijaństwie, ma tematykę przygnębiającą albo pełną wszelakiego okrucieństwa. Sam środek był zamknięty. Dostępna była tylko jakby galeria pomiędzy zewnętrznymi ścianami i znajdującym się w środku koła "prezbiterium". To właśnie ściany tego prezbiterium są pokryte malowidłami. Przed wejściem obowiązkowo zdejmujemy buty.

Mimo jasnego postanowienia w umowie nie mogliśmy pójść do drugiego klasztoru na półwyspie Zege - Ura Kidane Meret. No cóż, nie chcieliśmy, aby łódka odpłynęła bez nas.

Ostatni klasztor na naszym rejsie to Debre Maryam. Podobno bardzo starożytny (z XIV albo nawet z XII wieku), ale obecnie wymurowany kościół to budowla z surowych betonowych pustaków i poryta blachą falistą. Także Debre Maryam to typowy lokalny okrąglak. Nie inaczej i w tym wypadku cena wstępu to 100 Birr od osoby. Jedynym ciekawym elementem jest tu tzw. muzeum. Pan mnich otwiera na życzenie budkę i na ladzie, jak w sklepiku, prezentuje naprawdę imponujące pergaminowe rękopisy. Mnich jest z nich bardzo dumny, ale sposób zabezpieczenia muzeum, stopień zużycia ksiąg i warunki ich przechowywania wskazują, że nie będą już długo istniały przynajmniej w tym miejscu.

Blue Nile Outlet lepiej jest obejrzeć z mostu na który można się udać pieszo lub tuktukiem z Bahir Daru. Hipopotamów nie zaobserwowaliśmy. W czasie rejsu mija się też spore kolonie pelikanów, ale widzimy je ze znacznej odległości.

Wycieczka na osobę kosztowała 250 Birr (bez wstępów do klasztorów) i trwała ok. 5 godzin. Jeśli ktoś bardzo chce, to sprawę może załatwić bezpośrednio na nabrzeżu omijając wszystkich naganiaczy (nawet tych stojących w drzwiach biura danego "armatora"). Przewodnik radzi, aby wybrać łódkę z silniejszym silnikiem - 40 KM (pozostałe mają nie więcej niż 20 KM, a po południu może wiać spory wiatr i słabsza łódka podobno może mieć problem z powrotem do przystani; te ze słabszym silnikiem, które widziałem wracały bez żadnego problemu), sprawdzić jej stan, liczbę zabieranych pasażerów i ilość kamizelek ratunkowych.

Naszym zdaniem lepiej jest jednak pojechać tylko do klasztorów na półwyspie Zege. Można to zrobić samodzielnie mikrobusem za promil ceny rejsu łódką. Można też przynajmniej w jedną stronę popłynąć publicznym promem. Prom z Bahir Dar odpływa ok. 07.00 z nabrzeża.

Naprawdę nie wiem, co nas podkusiło z tą łódką.

Powyższe nasze doświadczenia tego dnia sprawiły, że musieliśmy pilnie odreagować stres. Skutkiem tego, po powrocie do Bahir Dar, oddaliśmy się kompulsywnemu obżarstwu. Najpierw była obiado-kolacja (Agnieszka zjadła pizzę z kapustą (!), a ja shiro i injerę). Następnie usadowiliśmy się w naszej ulubionej pijalni soków (Agnieszka wypiła kufel soku z awokado, a ja dwa - jeden z mango i drugi ananasowy). Później w ulicznej kawiarni skosztowaliśmy etiopskiego wynalazku ja w wersji lokalnej (buna) Agnieszka w wersji de luxe - macchiato. Spokój nadszedł, gdy w drodze do hotelu skosztowaliśmy nieco ulicznych specjałów.

O 18.30 byliśmy już w hotelu. Następnego dnia o 05.30 mieliśmy umówionego tuktuka na dworzec, a tam miał na nas czekać busik jadący do miejscowości Weldiya. Musieliśmy wysiąść w pół drogi w miejscowości Gashena. Z tego miasta jest już tylko 64 km ziemną i górską drogą do Lalibeli.



Azuwa Maryam
Azuwa Maryam

sobota, 9 stycznia 2016

Tis Abay (Smoke of the Nile)

09 stycznia 2016 r.

Udało się. Wstaliśmy o 05.50. Szybki prysznic i śniadanie. Następnie dworzec i poszukiwanie autobusu do Tis Abay, gdzie są przełomy Błękitnego Nilu.

Pobyt w Bahir Dar, o ile jest dobrowolny, zazwyczaj wiąże się z wycieczką do Blue Nile Falls oraz kilkugodzinnym rejsem łódką po jeziorze Tana i do położonych na półwyspie Zege lub na wysepkach klasztorów. Można to zrobić za pośrednictwem każdego hotelu, dowolnego naganiaczo-pośrednika albo samodzielnie.

W przypadku Tis Abay samodzielność wymaga udania się na dworzec, odnalezienia odpowiedniego autobusu i wejścia do środka. To ostatnie może być najtrudniejsze. Autobus odnaleźliśmy. Wedle rozkładu odjazd miał nastąpić nie wcześniej niż o 02.00 (08.00 czasu liczonego na sposób europejski), ale tylko o ile autobus będzie pełny. O dziwo znalazły się dla nas miejsca siedzące. Bilet w jedną stronę kosztuje 15 Birr.

Takim środkiem lokomocji dawno już nie jechaliśmy. Najbardziej do niego zbliżony był birmański autobus do Ngwe Saung Beach (birmański autobus towarowo-osobowy). Dość powiedzieć, że nasz dzisiejszy środek transportu odpalał tylko na popych. W trakcie jazdy mocno wątpiłem, czy dojedziemy nim do celu, choć to tylko ok. 40 km, ale po ziemnej drodze. Trasę pokonaliśmy w 2 godziny zaliczając zapomniane przez Boga przysiółki i zabierając po drodze wszystkich chętnych.

Tis Abay warte jest zobaczenia bardziej niż same przełomy Błękinego Nilu. W soboty odbywa się tu całkiem duży targ i z całej okolicy ściągają ludzie z różnymi różnościami. Jest targ zwierząt. Jest rękodzieło i wyrabiane ręcznie przedmioty użytkowe. Są także owoce i warzywa oraz niektóre artykuły przemysłowe, np. plastikowe sandały w których chodzi cała uboższa ludność. Co ciekawe w Etiopii nie przyjęły się (jeszcze?) japonki, choć myślałem, że używa ich już cały świat. Najfajniejsze było to, że w ogóle nie spotkaliśmy tu turystów. Tym razem z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że byliśmy jedynymi białymi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Wioska, podobno ok. 5 tyś. mieszkańców, prawie w ogóle nie jest skażona współczesnością. Oczywiście działają komórki, są plastiki, coca-cola i t-shirty. Prawdopodobnie gdzieniegdzie jest także prąd. Kto chce zobaczyć, niech przyjedzie komunikacją publiczną. Nie będzie żałował. Kto nie chce niech nie przyjeżdża w ogóle albo wynajmie klimatyzowany samochód z kierowcą, który z pewnością będzie przekonywał, że białemu człowiekowi, bez specjalistycznej asysty, grozi tu śmiertelne niebezpieczeństwo kiedy tylko postawi obutą sandałem trekingowym stopę w tej abisyńskiej głuszy. Nie jestem pewien, czy skarby Lalibeli przebiją dzisiejsze rustykalne doświadczenie Tis Abay. Ja już żałuję, że nie zostaliśmy tam na noc. Myślę, że jeżeli jeszcze tu kiedyś przyjadę, to naprawię swój błąd i postaram się zrobić plan wycieczki bardziej rustykalny.

Aby udać się do przełomów Błękitnego Nilu najpierw trzeba kupić bilet (50 Birr each). Przewodnik i ogłoszenie przy okienku z biletami zaleca wynajęcie przewodnika. Oczywiście nikt ani nic nikogo tu nie zje, jeśli puścimy się samopas. Wynajęcie przewodnika ułatwi jednak znalezienie drogi, wspomoże lokalną społeczność, której się nie przelewa, i będzie bardzo sympatycznym doświadczeniem, jeżeli trafi się taki przewodnik jak nasz (16. letni Thomas). Zalecana cena za towarzystwo przewodnika, to 100 Birr. Thomas był tak fajny, że poszliśmy jeszcze razem na colę i kawę, a na koniec daliśmy mu 200 Birr.

Wodospad najbardziej imponujący jest zimą, czyli od lipca do września, kiedy przez jego krawędź przetacza się największy przepływ wody. Obecnie wygląda to jak na poniższej fotografii. Najlepiej podsumował to chyba sam Thomas, który - gdy pokazaliśmy mu w telefonie zdjęcia Iguazu - stwierdził, że Blue Nile Falls to tylko prysznic... Podobno ogólnie przepływ wody zmniejszył się dramatycznie po wybudowaniu elektrowni wodnej powyżej uskoku.

Powrót. Autobusik stał na przystanku. Model o nieco lepszej prezencji od poprzedniego. Przed drzwiami czekał tłum. Thomas powiedział, abyśmy poczekali, a on zajmie nam miejsca. Gdyby nie on nie weszlibyśmy do środka, nie mówiąc o zajęciu miejsc siedzących. W czasie odjazdu i aż do połowy drogi autobus był wypełniony ludźmi i towarami w takim stopniu, że można to skwitować tylko analogią do sardynek w puszcze.

Muszę przyznać, że lubię takie swojskie klimaty. Tylko w taki sposób mogę zobaczyć, jak naprawdę żyją zwykli ludzie w danym kraju. Agnieszce podobała się dziś dopiero droga powrotna. Na ile ją znam, to z czasem dostrzeże urok obu naszych dzisiejszych środków lokomocji.

W Etiopii jest sporo broni. W nocy (czyli od ok. 19.00) po miastach krążą patrole z bronią automatyczną. Przed naszym hotelem w Bahir Dar po zmroku stoi boy w płaszczu z antycznym karabinem mausera na ramieniu. Pastuszkowie pilnują swoich zwierząt z AK-47 niedbale przewieszonym przez ramię. Można powiedzieć, że takie śmiercionośne przedmioty są tu traktowane bardzo powszednio, trochę jak parasol. Dobrze to obrazuje sytuacja z naszego autobusu powrotnego z Tis Abay do Bahir Dar. Jechało z nami co najmniej kilku pasażerów z AK-47. Jeden automat wisiał dokładnie nad nami, drugi wpijał mi się w bok, a zwisająca lufa trzeciego opierała się o moją stopę. Jeżeli właściciel takiej zabawki uznawał, że jest mu zbyt niewygodnie, to po prostu przekazywał ją do potrzymania innemu pasażerowi, który miał lepsze miejsce. Przy czym absolutnie nie czułem się zagrożony ewentualnym umyślnym zachowaniem uzbrojonych gentelmanów. Nie były to zresztą żadne zabijaki, ale zwyczajni panowie np. jadący z zakupami w jednej ręce i z automatem w drugiej. Powodem do pewnej refleksji było tylko to, czy wszystkie automaty były przeładowane lub należycie zabezpieczone. Co ciekawe nie pamiętam, aby w moich trzech przewodnikach wspominano o takich dość powszechnych okolicznościach przyrody...

Drugą liczną grupę pasażerów naszego autobusiku do Bahir Dar stanowili prawdopodobnie dealerzy khatu (czy raczej chatu, jak nazywają go miejscowi). Wieźli oni bowiem do miasta całe siatki tej rośliny, która podobno jest tu całkowicie legalna.

My, jako trzecia kategoria pasażerów, też nie byliśmy wcale lepsi. Przez całą drogę nie ustąpiliśmy bowiem miejsca siedzącego żadnej osobie z czwartej kategorii pasażerów, do których należało zaliczyć staruszków i matki z dziećmi na ręku.

Jutro znowu musimy wstać bardzo wcześnie. O godz. 08.00 (o 02.00 czasu etiopskiego) mamy się stawić na przystani. Popłyniemy łódką do klasztorów na jeziorze Tana i do Blue Nile outlet.


  
Czyja ręka, czyja noga, czyj automat AK-47?
W autobusie z Tis Abay.
Przełomy Nilu w styczniu 2016.

piątek, 8 stycznia 2016

Gena raz jeszcze

Koniec końców na Genę wylądowaliśmy w Gondarze. Rozpytaliśmy kilka osób odnośnie przebiegu uroczystości bożonarodzeniowych i - co ciekawe - nikt się dokładnie nie orientował, co i jak. W końcu jeden z rozpytanych wpadł na pomysł, że zadzwoni w tej sprawie do kolegi. Po chwili kolega oddzwonił i wyjaśnił nam, że uroczystości w kościołach zaczną się ok. 22. 06 stycznia i skończą się rano 07 stycznia 2016 r., znaczy 2008 r., to jest bieżącego roku.

Agnieszka nie miała ochoty na nocną przechadzkę do kościoła i poszła spać, czyli proces wyganiania diabła wciąż trwa. Poszedłem więc sam. Na ulicach Gondaru wałęsały się tylko miejscowe powsinogi, panny lżejszych obyczajów i coś w rodzaju patroli policyjnych, czyli pary złożone z panów wyposażonych w AK-47 i pań z długaśnymi kijami.

Przed kościołem i w środku było już dużo wiernych ubranych przynajmniej częściowo na biało. Zdjąłem sandały i już wchodziłem do środka, ale ktoś złapał mnie za rękę i poradził, abym wniósł sandały ze sobą do kościoła. Czyli pojedynczy źli ludzie czasem ukrywają się w tłumie dobrych także tutaj. Przed kościołem i w środku spora część wiernych spała pokotem na podłodze. Pozostali śpiewali tajemnicze monotonne pieśni. W kościele koptyjskim brak równości kobiet i mężczyzn jest jeszcze bardziej widoczny niż w innych znanych mi kościołach chrześcijańskich. Kobiety często w ogóle nie mogą wchodzić do niektórch klasztorów. Normalnie zaś korzystają z osobnego wejścia i trzymają się osobno. Tak było i podczas nabożeństwa w którym przez ok. godzinę uczestniczyłem.

Pierwsze skrzypce należały do panów w białych turbanach, a przynajmniej do niektórych z nich. Było też kilku ewidentnie ważniejszych kapłanów. Ci w większości siedzieli naprzeciwko ołtarza i mieli niebieskie lub granatowe peleryny. W kościele nie było turystów oprócz dwóch białych, czyli mnie i jeszcze jednego pana.

Wyszedłem z kościoła około północy z zamiarem przyjścia jeszcze rano na końcówkę ceremonii. To się jednak nie udało. Przez całą noc z okolicznych kościołów dochodziły tak głośne śpiewy, które nad ranem nałożyły się jeszcze na dźwięczne lamenty muezinów, że usnąłem z zatyczkami w uszach dopiero po piątej nad ranem. Obudziła mnie cisza. Było już po dziewiątej i uroczystości Geny skończyły się bez mojego udziału. Nie uważam jednak, aby nastąpiło to z przyczyn leżących po mojej stronie.

Z okoliczności towarzyszących Genie warto wspomnieć, że w sprzedaży są typowe atrybuty bożonarodzeniowe, a to sztuczne choinki, ozdoby choinkowe, czapki mikołajowe. Sklepy udekorowane są szarfami z napisami "Merry Christmas and Happy New Year" po angielsku i w Amharic.

Ponadto sklepy i restauracje w większości są otwarte. Na pewno nie są to tak ściśle świąteczne i niepracujące dni, jak w polskim wydaniu.

Gena_film 1 , Gena_film 2

 Gena_film 3  , Gena_film 4


Oferta handlowa z okazji Gena w Gondarze.

Bahir Dar

07 - 08 stycznia 2008 r, tfu... 2016 r.

Przyjechaliśmy do Bahir Dar. Wedle planu mieliśmy tu dotrzeć wczoraj, ale przy śniadaniu w Tele Cafe w Godarze poznaliśmy Monikę i Fryderyka. Mimo pokoleniowej, niestety, różnicy wieku zapomnieliśmy się w rozmowie przy śniadaniu i później przy kolacji tak, że musieliśmy zostać jeden dzień dłużej w Gondarze.

Spotkania z Rodakami za granicą są różne. Najprzyjemniejsze, które pozostają w naszej pamięci, to poznanie Beaty i Ewy w Bagan (utrzymujemy kontakt do dnia dzisiejszego i wierzę, że tak pozostanie), z małżeństwem z małymi dzieciakami podczas trekingu w Patagonii, z Emilką, która zasiedziała się na końcu świata w Puerto Natales (też od czasu do czasu wymieniamy e-maile). Chciałbym też bardzo podtrzymać kontakt z niezwykłymi osobami które poznaliśmy wczoraj. Monika i Frydryk są niewątpliwie wspaniałymi ludźmi z ogromną ciekawością życia i świata, ale także z bardzo realnym postrzeganiem rzeczywistości.

Dlatego wyprowadziliśmy się z Michael Hotel w Gondarze dopiero dzisiaj (pobyt tam kosztował 900 Birr za trzy noce; zapłaciliśmy gotówką, gdyż www.jovago.com to zupełnie niewiarygodna firma, choć po interwencji w banku zwolniona została blokada środków). Tuktuk na dworzec autobusowy to wydatek 15 Birr, a minibus do Gondaru kosztuje ok. 80 Birr za osobę (odchodzi co 30 min.). Przewodnik Brandta mówi o 3,75$, czyli raczej nie przepłaciliśmy zbyt dużo, choć naganiaczy jest na dworcu całe mrowie. Podróż trwa nieco ponad 3 godziny w bardzo intymnych warunkach. Doliczyłem się 16 dorosłych pasażerów, dwóch niemowląt, kierowcy i biletera. Bagaże jechały na dachu. Po drodze busik zatrzymywał się na dwóch policyjnych punktach kontroli (obowiązkowe obmacywanie mężczyzn, z wyjątkiem mnie) oraz w punkcie sprzedaży, jak się okazało, khatu. Nie skorzystałem.

 Zamieszkaliśmy w Blue Nile Hotel. Warunki bardzo przyzwoite. Rezerwację zrobiłem rano przez telefon (przydało się w końcu, że zostałem abonentem ethiotelecom) za 30$ za noc ze śniadaniem (www.jovago.com proponował cenę 46$, a www.booking.com 35$). Cena  obejmuje śniadanie i jest internet działający też w pokoju (przynajmniej w naszym nr 216). Znowu w pokoju typu single, czyli z łóżkiem typu double, był tylko jeden ręcznik. Na prośbę o dodatkowy ręcznik otrzymaliśmy trzy. Nadmienię jeszcze, że w łazience mieszkał malutki karaluszek. Nie przeżył spotkania z moim japonkiem.

Jutro musimy wstać baaardzo rano, aby zdążyć na busika do Tis Abay (Blue Nile Falls).

Injera z dodatkami.