Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Afryka. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2016

Koniec

28 stycznia 2016 r.

Przylecieliśmy do Pragi punktualnie. Planowaliśmy pozostać tu na jedną noc. Było to sensowne, bo byliśmy nieco zmęczeni, a od domu dzieliło nas jeszcze 550 km jazdy samochodem. Fajnie było by też wykorzystać nadarzający się pobyt w Pradze, aby przespacerować się po mieście, pójść do Fleku i do restauracji. Z drugiej strony bardzo nas już ciągnęło do domu, własnego łóżka i Filemona K. Rzuciliśmy więc monetą jednobirrową, trzykrotnie. Wypadło, że trzeba jechać do domu. Do Krakowa dojechaliśmy bardzo późno. W domu czekał na nas Filek. Jak miło. Od powrotu do Polski minęło już 8 miesięcy i już odliczamy czas do kolejnej wycieczki (21 października 2016r.). Czas był zatem najwyższy, aby ukończyć pisaninę o Etiopii. Teraz tylko jeszcze dodam więcej zdjęć do istniejących postów.

Gdy teraz patrzę wstecz na naszą wycieczkę do Etiopii myślę sobie, że była to bardzo wytrawna podróż. Objechaliśmy spokojnie całą północ kraju z wyłączeniem Danakil Depression i Gór Simien. O przyczynach tych pominięć już pisaliśmy. W szczególności Danakil Depression jest teraz zbyt droga jak na ramy naszego budżetu i konieczne jest wykupienie zorganizowanej wycieczki w Aksum albo Mekele. Fajnie było oglądać kraj nieskażony jeszcze zarazą masowej turystyki. Niewiele takich miejsc już pozostało. Ciekawie jest w szczególności na obszarach wiejskich i w małych miejscowościach. Tam rzeczywiście nie ma obcych i białych w ogóle. Są miejsca, gdzie można poczuć się jak jedyny biały człowiek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Największe atrakcje kręgu historycznego są godne uwagi. Jeżeli jednak nie jest to nasza pierwsza podróż do tzw. „egzotycznego kraju”, choć my twierdzimy, że takich krajów nie ma, to nawet skarby Lalibeli przyjmiemy bardzo spokojnie.

Czy tu jeszcze kiedyś przyjedziemy? Dziś już wiemy, że formalnie nasza noga postanie na etiopskiej ziemi, choć tylko w Addis Ababie, w październiku i w listopadzie, gdy będziemy lecieli do RPA i przy powrocie z Azji. Myślę, że nie odpuszczę łatwo wyjazdu do Somalilandu, chyba że sytuacja się tu diametralnie zmieni. Może taką podróż będzie można połączyć z odwiedzeniem północnego Sudanu, o czym myślę coraz intensywniej (dzięki mojej wspaniałej przyjaciółce Beacie, która zasiała takie ziarno w mojej głowie już dawno temu; teraz ono zaczyna kiełkować). Taka wycieczka wymagałaby przejazdu przez Etiopię od Gondaru po Harar i Jigja.

Harari boy.

sobota, 8 października 2016

Harar

21 stycznia 2016 r.

Aby uniknąć podróży autobusem do Hararu, jeszcze będąc w Mekele, kupiliśmy bilet na lot do Dire Dawa. Nie żebyśmy się obawiali niewygód, ale po kilkunastogodzinnej podróży z Mekele poprzedniego dnia po pierwsze mieliśmy małe szanse na bilet na kurs w dniu 21 stycznia, a po drugie chyba nie bylibyśmy zdolni do pobudki dzień po dniu na autobus ok. 03.00 rano. Dlatego też wybraliśmy bezpośredni lot do Dire Dawa ok. 13.00. Miało to gwarantować odespanie zaległości i spokojną zbiórkę na lotnisko. Śniadanie zjedliśmy w hotelowej restauracji Itaque Taitu Hotel. Jest to bardzo klimatyczne, kolonialne miejsce, ale jedzenie nie było szczególne. Bardzo skromny był wybór etiopskich dań. Ograniczał się on w zasadzie do injera fir-fir, która nieco mi się już znudziła (był to też pierwszy mój posiłek w kraju po przylocie).

Taksówka z hotelu na lotnisko kosztowała 200 Birr. Przy wjeździe na parking kierowcy samochodów muszą uiścić opłatę za parking, coś ok. 10 albo 20 Birr. Trzeba zatem uzgodnić z taksówkarzem, czy cena za kurs zawiera tę opłatę, czy nie. Teoretycznie można dojechać do lotniska minibusem, właściwie tylko do pobliskiego ronda. Z tego miejsca jest jednak jeszcze kilkaset metrów do terminala. Mało kto się na to decyduje, zwłaszcza z bagażem. Można zatem uznać, że w Addis na razie nie istnieje transport publiczny na lotnisko. Należy jednak wspomnieć, że Chińczycy, których jest tutaj zatrzęsienie, coś przy lotnisku intensywnie budują. Jeżeli powstanie nowy terminal zapewne będzie też połączenie z istniejącym nadziemnym metrem, które też powstało przy udziale Państwa Środka.

Na lotnisku byliśmy pierwsi przy kontuarze do check in. Mimo tego pani z rozbrajającą szczerością oznajmiła nam, że na nasz lot jest overbooked i w związku z tym wyślą nas do Dire Dawa samolotem o 16.00 przez Jigja. Piękny początek. Oznaczało to, ni mniej ni więcej, kolejny cały dzień w podróży. To jeszcze nic bo przecież o to właśnie chodzi. Jednak siedzenie cały dzień na lotnisku w Addis to średnia przyjemność. Po rozmowie z przełożoną pani z check in desk okazało się, że jednak faranji zmieszczą się w samolocie o 13.00. Dzięki temu mieliśmy szansę dojechać ok. 16. do Hararu. Nadzieja okazała się być jednak płonna. Nasz lot najpierw się opóźniał. Ostatecznie odlecieliśmy o 16. i to nie bezpośrednio do Dire Dawa, ale najpierw do Jigja. Nie wiem jak było to możliwe skoro mieliśmy bilety na lot bezpośredni. Tajemnicza historia. Myślę że jeden lot miał overbooking, a drugi był prawie pusty. Dzięki temu zabiegowi linia zrealizowała tylko jeden pełny lot. Tak to wyglądało w naszych oczach. Choć nie wyobrażam sobie, aby poważna linia lotnicza (Ethiopian) robiła tego typu czary mary. Niestety nie jest to Unia Europejska i nie obowiązują tu europejskie reżimy odszkodowawcze.

W Dire Dawa byliśmy już po zachodzie słońca. Z lotniska do miasta zabrał nas i jeszcze jedną mikro Japonkę pewien pan, który wracał do domu z Chin. Złapaliśmy ostatniego busa do Hararu i już ciemną nocą dotarliśmy na miejsce. Kierowca wysadził nas tuż przy naszym Harar Ras Hotel. Rezerwacji dokonaliśmy telefonicznie jeszcze na lotnisku w Addis. Hotel był całkiem ok. Za jedynkę z łóżkiem wystarczającym dla dwóch osób (choć nieco wąskim) i jednym bufetowym śniadaniem płaciliśmy 500 Birr. Śniadanie dla drugiej osoby kosztowało ekstra 80 Birr. Była to w zasadzie jedyna opcja hotelowa dostępna do rezerwacji telefonicznej. W pozostałych interesujących nas hotelach nikt nawet nie podnosił słuchawki telefonu albo automat informował o tym, że numer nie jest aktualny. Dziwne to było bo numery były zgodne z Lonely Planet, z Rough Guide i z najnowszą książką Brandta. Myślałem nawet, że w Hararze była jakaś zmiana numeracji. Suma sumarum nie wyszło źle. I tak nie zamierzaliśmy spać w żadnym z heritage house. Bo i drożej - 20$ od osoby. I bez łazienki, a Agnieszka tym razem zaprotestowała odnośnie braku takiej wygody. Nasz hotel był położony 15 minut spacerem od Harar Gate i murów starego miasta w chrześcijańskiej części miasta. Moim zdaniem była to najlepsza opcja w mieście w tym przedziale cenowym. Kiepska była tylko łazienka, gdyż po kąpieli woda słabo odpływała tworząc kałużę na posadzce. Nie był to dla nas jednak istotny problem. Kąpaliśmy się i tak w japonkach, więc problem leżał bardziej po stronie hotelu i pań pokojowych. Tego dnia pozostała nam energia i ochota tylko na kolację, ale i tu zdarzył się wypadek. Zamówiliśmy dania w hotelowej restauracji. Dla odmiany zamówiliśmy jakieś wege danie z injerą dla pewności wskazując panu kelnerowi palcem pozycję w jadłospisie. Przyjechała injera i cztery gliniane kociołki. Z jednego, ku naszej zgrozie, wystawy kości jakiejś istoty. Pierwszy raz w życiu powiedziałem panu kelnerowi, co o tym wszystkim myślę i pan musiał zabrać danie. Z odmiany jadłospisu wyszło nico. Zjedliśmy znowu shiro. Całe szczęście było pyszne. Możliwe że byliśmy zbyt wygłodniali żeby dalej marudzić.

22 -24 stycznia 2016 r.

Śniadanie było bufetowe z relatywnie dużym wyborem lokalnych dań. Na stanie była injera, injera z injerą - czyli fir fir, coś na kształt ful – w wersji z kawałkami pszennej bułki z sosem pomidorowym, makarony, ryż z warzywami, tosty francuskie, tosty i naleśniki. Nie było jajecznicy. Ponadto sok z papaji - pyszny, kawa-killer i herbata. Wolę klasykę w lokalnej knajpie, ale było ok.

Harar dzieli się ogólnie na stare miasto za murami - „Jugal” - zdominowane przez muzułmanów i nowe  miasto czyli żywioł chrześcijański. Spacer do murów starego miasta zajmował nam kilkanaście minut. Bajaj nie jest niezbędny. Po drodze przechodzimy m.in. obok biur sprzedaży Selam Busa (po lewej stronie drogi na początku małej przecznicy) i Sky Busa (po prawej stronie w narożnym budynku na pierwszym pietrze; wchodzi się schodami przez klatkę schodową).

Bardzo chciałem tu przyjechać. Już samo imię miasta powoduje mrowienie na plecach. Tu jest niekwestionowana stolica islamskiej Etiopii. Pierwszy biały człowiek, Sir Richard Francis Burton, przybył tu w połowie XIX wieku (1855r.) i spędził w mieście kilka miesięcy jako gość albo więzień miejscowego księcio-kacyka, sam chyba nie był całkowicie przekonany co do charakteru swojego pobytu. Jego opis tego miejsca nie jest zbyt pochlebny. Niedługo po nim przyjechał do Hararu pewien dezerter z holenderskiej armii na Jawie, Artur Rimbaud. W jakim celu tu przybył i mieszkał tego dokładnie nie wiadomo. Powszechnie przyjmuje się, że trudnił się handlem albo przemytem. Faktem jest, mieszkał w Hararze 11 lat i wyjechał dopiero, gdy był śmiertelnie chory na raka. Choroba była krótka i niedługo po powrocie do Francji i amputacji nogi poeta zmarł. Skoro Artur Rimbaud, niekwestionowana gwiazda francuskiego symbolizmu, spędził w takim miejscu 11 lat swojego 37. letniego życia znaczyć musi, że jest to miasto wyjątkowe. Z pewnością nie ma takiego drugiego miasta w Etiopii. To pewne. Niektórzy porównują tutejszy labirynt starego miasta do Fezu. Nie wiem, czy to jest słuszne, bo nie byłem w Maroku. Najbliższe mi odniesienie to irański Yazd. Może to skutek mojego sentymentu do Persji, ale Yazd i jego niemal monochromatyczne gliniane stare miasto stoi architektonicznie kilka klas wyżej od Hararu. Przeciwnie do Hararu tam jest jednak pusto na ulicach. Tu ludziska się często pojawiają, a czasem nawet kłębią w nadmiarze, choć i tu i tam mieszkają Muzułmanie (tu Sunnickiego, tam Szyickiego obrządku).

Jugal nie jest duży. Otacza go mur z pięcioma bramami. Wśród nich są współczesne bramy przystosowane dla transportu samochodowego, są zwykłe wyrwy w murach, ale są i całe bramy wyzute jedynie z drzwi. Moim zdaniem nie ma potrzeby eksploracji każdego zaułka. Wystarczą dwa spacery, najlepiej o różnych porach dnia, aby zaspokoić ciekawość tego miejsca. Warto też usadowić się w kawiarni na tarasie budynku w którym miał się kiedyś mieścić skład kolonialny Artura Rimbaud (Gerazmatch House). Podają tam pyszne soki i kawę, jest też ratująca życie zimna cola, sympatyczny właściciel oraz przemiła obsługa znajdująca się nieustannie „na wysokości”. Jest to też doskonały punkt obserwacyjny na główny plac miasta – dawny koński targ (Feres Megala). Trzeba wiedzieć jednak, że choć Harar to miasto starożytne i wpisane na listę UNESCO, to w istocie trudno będzie nam to dostrzec w jego materialnej substancji. Jest kilka ładnych kolonialnych budynków. W tym prywatne muzeum Abdela Sherif Harari City Museum, domniemany dom Rimbaud (z bardzo ciekawymi zdjęciami z epoki). Reszta miasta nie wygląda antyczne. Domy, zwyczajem muzułmańskim, są bowiem zwrócone do środka. Na zewnątrz prezentują tylko wysokie mury i bramy. Cztery z nich przyjmują na nocleg turystów. Kilka innych za opłatą można zwiedzić. Kosztuje to ok. 50-60 Birr i sprowadza się do przejścia przez dziedziniec i obejrzenia kolorowej głównej izby domu. Często będą tam domownicy co może być krępujące dla obu stron. Moim zdaniem nawet bardziej dla turysty. W obrębie starego miasta jest podobno ok. 100 meczetów i sanktuariów. Większość z nich to jednak przybytki prywatne. Główny meczet piątkowy, choć istnieje tu ok. 800 lat, to w obecnej bryle tylko kilkadziesiąt, nie jest zbyt ciekawy. Trzeba wspomnieć, że w pierwszej przecznicy za meczetem piątkowym po lewej stronie jest niesamowita palarnia kawy. Można tam wejść i zobaczyć na żywo jak zielone ziarna stają się produktem służącym do parzenia kawy. Jest tam też prowadzona sprzedaż detaliczna. Cena za 1 kg kawy to 160 Birr. Ja nie jestem kawoszem, ale muszę przyznać zapach jaki roznosi się w całej uliczce jest piękny.

Inną atrakcją Hararu jest karmienie hien. Są tu dwa takie miejsca. Starsze i podobno liczniej odwiedzane przez hieny znajduje się w okolicy jatki muzułmańskiej za murami miejskimi na drugim końcu miasta (trzeba przejść przez całe miasto, plac Feres Megala, iść obok meczetu piątkowego i za bramę. Drugie stanowisko znajduje się bliżej przy rzeźni chrześcijańskiej jest młodsze i podobno odwiedza je mniejsza liczba zwierzaków. Aby tam trafić trzeba z placu Feres Megala skręcić w lewo na dół, przyjść przez bramę i iść prosto przez mostek i skręcić w prawo. Po kilkudziesięciu metrach zobaczymy duży budynek. Będziemy na miejscu. My przyszliśmy oglądać hieny do jatki chrześcijańskiej z czystego lenistwa, bo bliżej. Usiedliśmy na schodkach przy ścianie szczytowej budynku i czekaliśmy na zapadnięcie zmroku. Koszt udziału w takim spektaklu do 50 Birr od osoby, choć zawsze będą od nas żądać więcej pieniędzy. Cena będzie nieco wyższa jeśli chcemy robić zdjęcia. Hieny przychodzą dopiero po zmroku więc ze zdjęć będą nici, chyba że mamy sprzęt bardzo czuły. Nasze spotkanie z hienami wypadło bardzo blado. Pan przywoływał je bardzo wytrwale. Po pewnym czasie pojawiły się dwa osobniki. Nie były jednak zainteresowane jedzeniem. Pierwsza hiena zniknęła tak szybko i sprawnie jak się pojawiła. Druga została trochę dłużej. W końcu też uciekła na widok nadjeżdżającego tuk tuka. Właściwie wyglądało to tak, jakby oba zwierzaki zostały na nasze przyjście wygonione z jakiejś komórki. Później żałowałem, że w ogóle zapłaciliśmy za to „widowisko”. Poznaliśmy jednak wtedy Bartka z Warszawy, a właściwie z Gliwic. Była to kolejna bardzo fajna osoba z Polski jaką spotkaliśmy w Etiopii. Później spotkaliśmy się jeszcze przy powrocie w Addis. Lecieliśmy tym samym samolotem do Istambułu. W Addis Bartek nam powiedział, że widział samopas wałęsające się hieny po mieście, gdy jeszcze ciemną nocą szedł na autobus do Addis. Nienaturalność spektaklu i faktyczne fiasko obejrzenia procederu karmienia hien zniechęciła nas, aby następnego wieczoru iść do jatki muzułmańskiej.
W Hararze nasza wycieczka mentalnie dobiegła końca. Z powodów ograniczeń wizowych nie mogliśmy pojechać do Somalilandu, choć był on już w zasięgu ręki. Będzie trzeba zatem jeszcze raz odwiedzić Harar. Na południe kraju nie chcieliśmy jechać. Zatem do wyboru mieliśmy albo dłużej zostać w Hararze albo jechać do Addis. Ostatecznie zadecydowała dostępność biletów autobusowych. Kupiliśmy bilety w Sky Bus na 24 stycznia 2016 roku.


Podsumowując, będąc w Etiopii trzeba przyjechać do Hararu. Miasto jest bardzo interesujące i zupełnie inne od reszty kraju. Nie spodziewajmy się jednak, że przekraczając bramy Harar Jugol przeniesiemy się osiemset lat wstecz. Brakuje tu może niektórych usług właściwych dla świata zachodniego i początku XXI wieku, ale nawet na starym mieście są telefony komórkowe i telewizja satelitarna. Można też wątpić, czy cała starówka w Hararze zasługuje na wpis na listę światowego dziedzictwa. Co tu robił Rimbaud przez tyle lat. Nie wiem. Podobno nie pisał już wtedy poezji. Może rozsmakował się w chacie, którego Harar jest niekwestionowaną stolicą (jeżeli przyjdzie komuś do głowy zakupienie tu tego ziela powinien najpierw spytać kogoś zaprzyjaźnionego, np. kelnera w kawiarni Gerazmatch House, ile on powinien kosztować i gdzie dokładnie należy go kupić). Może szukał tu samotności i zapomnienia. Zdjęcia z epoki odkrywania przez białego człowieka czarnego lądu prezentowane w domniemanym domu poety dają pewne wyobrażenie jak wyglądało to miejsce nieco ponad sto lat temu. Z drugiej strony, czy mamy rzeczywiste wyobrażenie jak wyglądało życie w naszych miastach i miasteczkach pod koniec XIX wieku? Nie wydaje mi się, aby różnica była istotna. Nie mogę jednak zaprzeczyć, że w Hararze jest jeszcze bardzo dużo prawdziwego życia. Jak w całej Etiopii.


Harar. Jugol.  Tuż za Harar Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Abdela Sherif Harari City Museum.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Feres Megala.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Motoryzacja.

Harar. Jugol. Minaret.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market). Jatka - każdy czeka na swoją kolej do resztek.

Harar. Jugol.

Harar. Jugol. Okolica Shewa Gate.

Harar. Jugol. Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol

Harar. Jugol. Chłopiec.

Harar. Jugol. Okolica Erer Gate.

Harar. Jugol.

Harar. Gidir Megala (Grand Market)

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Jugol.

Harar. Jugo. Makina Girgir (Machine Rd.)

Harar. Jugol.

Harar. Awokado juice w kawiarni  w Gerazmatch House.
Harar. Jugol.
Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House.



Harar. Sprice awokado i mango w kawiarni  w Gerazmatch House. Pan właściciel prezentuje jakość soku z awokado i mango.
Harar. Jugol.
Harar. Jugol. Fabryka kawy.

Harar. Jugol. Shewa Gate. Old Christian Market.

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.) - wylot na Gidir Megala (Grand Market).

Harar. Jugol. Makina Girgir (Machine Rd.).


niedziela, 3 kwietnia 2016

Timkat w Mekele


19 stycznia 2016r.

Rankiem opuściliśmy nasz hotel i poszliśmy szukać lokalu na pożegnalne śniadanie w Wukro. Chcieliśmy usiąść gdzieś na zewnątrz, napić się kawy, skosztować jeszcze soków i zjeść np. shiro albo ful. Z napojami nie było problemu, ale tam gdzie serwowano pyszne soki można było zjeść tylko american style donuats. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Na dworcu panowało zwyczajowe zamieszanie. Znaleźliśmy busik jadący do Mekele. Jest ich bardzo dużo. Mekele to duże miasto, położone relatywnie niedaleko, bo tylko ok. 45 km, od Wukro. Najpierw musieliśmy odbyć zwyczajowy targ-kłutnię co do ceny biletów za człowieki i all together with our beckpacks. Droga zajmuje ok. 1 godzinę. Nowy dworzec w Mekele znajduje się nieco poza miastem. W związku z tym konieczne było wynajęcie bajaja na dojazd do naszego hotelu za ok. 40 Birr. Był to Moringa Hotel za 400 Birr za dwójkę z łazienką i śniadaniem. Cenę udało nam się obniżyć z 450 Birr. Ze śniadania, jak się później okazało, nie było nam dane skorzystać. Powodem był czas odjazdu autobusu do Addis - 04.30 nad ranem. W czasie naszego pobytu Moringa Hotel był ukończony do pierwszego piętra włącznie. Na wyższych kondygnacjach, stanowiących tylko betonowy szkielet, trwały regularne prace budowlane. Jest to typowy widok dla Etiopii. Agnieszka podejrzewała też, że była tu możliwość skorzystania z taryfy godzinowej. Ja jednak nie zauważyłem żadnych przedstawicielek najstarszego zawodu na świecie. Przy okazji wypada wspomnieć, że stosunki homoseksualne są tu nielegalne i surowo karane.

Mekele to duże miasto. Znajdziemy tu wszystko co potrzeba. Są nawet sklepy samoobsługowe, choć ze skromnym zaopatrzeniem. Sky Bus i Selam utrzymują stałe połączenia do Addis. Jest też lotnisko. Przebieżkę po mieście zaczęliśmy od wizyty w biurach Selam Busa i Sky Busa. Pilnie potrzebowaliśmy biletów do Addis na następny dzień. Selam miał bilety po 490 Birr i „odjazd” był planowany na 04.30, zaś orientacyjny czas przejazdu to tylko 15. godzin. Sky już wyprzedał wszystkie bilety. Kolejno poszliśmy do biura Ethiopian Airlines. Bilety ze zniżką do Addis kosztowały po ok. 85$. W ich miejsce kupiliśmy tańsze bilety na połączenie lotnicze z Addis Ababy do Dire Dawa (ok. 30 km od Harraru) na pojutrze. Kosztowały po 63$. Z biletami lotniczymi pobiegliśmy z powrotem do biura Selam Busa po bilety autobusowe mając nadzieję, że jeszcze będą dostępne. Całe szczęście były. Sprzedał nam je przeuroczy jegomość, któremu drugi raz tego dnia zakłóciliśmy ostentacyjne dłubanie w nosie w pustawym biurze.

Mekele było kiedyś stolicą państwa. Było to za panowania cesarza Yohannesa IV (lata 70. i 80. XIX wieku). Jest tu i w okolicy kilka atrakcji turystycznych, ale nic na tyle ważnego, aby nas tego dnia zaintrygować. Bardziej interesowało nas, co się wydarzy w związku z Timkatem.

Timkat zastał nas, gdy siedzieliśmy spokojnie w kawiarni przy jednej z głównych ulic. Z daleka wyglądało to jak regularne zamieszki. Tłum ludzi szedł powoli całą szerokością jezdni podskakując w rytmie bębnów, trąbek albo śpiewów i klaskania. Gdy pochód zbliżył się ujawnił swoje pokojowe i świąteczne nastawienie. Procesja nie była jednolita. Dzieliła się na mniejsze grupki z własnymi przodownikami i muzykantami. Każda grała, śpiewała, tańczyła i podskakiwała na własny sposób. Łączył je tylko kierunek marszu i wychwalanie Pana. W tej ciżbie poruszało się także kilka baldachimów pod którymi księża nieśli emblematy religijne. Baldachimy były zaś poprzedzone ekipami żwawo rozwijającymi dywan dla księdza niosącego krzyż, obraz albo kopię arki przymierza. Na końcu inna ekipa równie energicznie zwijała i przenosiła dywan. Całe przedsięwzięcie trochę przypominało procesję na Boże Ciało. Było to jednak dużo bardziej żywiołowe, barwne i radosne. Stopnień rozradowania uczestników można porównać do cotygodniowych pochodów zespołów bębniarzy i tancerzy ulicami starego miasta w Salvadorze da Bahia. Tłum zmierzał w kierunku czegoś w rodzaju łąki, gdzie ustawiony był ołtarz, wybudowano tam też basen do rytualnej ablucji ze spryskiwaczami. Czekaliśmy cierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Tego dnia już nic ciekawego się nie wydarzyło. Poszliśmy więc do hotelu. Jutro musieliśmy wstać o morderczej porze, aby zdążyć na Selam Busa.




Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.







Moringa Hotel w Mekele.




sobota, 13 lutego 2016

Habishat

16-18 stycznia 2016 r.

Rano 16 stycznia 2016 r. pojechaliśmy tuktukiem na dworzec w Aksum. Tam okazało się, że sprzyja nam szczęście i możemy pojechać do Wukro bezpośrednio autobusikiem turystycznym. Uzgodniliśmy cenę na poziomie 350 Birr za nas oboje. Przy obwodnicy miasta wsiedliśmy do luksusowego i pustego autobusu. Wówczas wywiązała się kłótnia między naszym kierowcą tuktuka, panem który na dworcu „sprzedał” informację o autobusie jadącym do Mekele i kierowcą autobusu. Sprawa dotyczyła sposobu rozliczenia między nimi naszych pieniędzy za przejazd. Cała afera skończyła się dla nas dobrze. Pieniądze daliśmy panu kierowcy, jak się później okazało, bardzo sympatycznemu. Ten zapłacił pośrednikom wedle swojego uznania. My byliśmy zadowoleni z bezpośredniego i wygodnego transportu do Wukro. Cena też była dobra uwzględniając odległość i fakt, że w przypadku transportu publicznego konieczna była przesiadka, a najprawdopodobniej dwie.

Droga z Aksum do Wukro, a w szczególności odcinek do Adigratu jest przepiękny. Po drodze mija się stanowisko archeologiczne w Yeha i skrzyżowanie z szosą do Debre Damo. Krajobrazy są bardzo podobne do tych, jakie można zobaczyć np. w Arizonie albo Utah. Skojarzenia do Monument Valley nasuwają się od razu. Nieustanne zakrętasy i przepaście mogą też mrozić krew w żyłach albo powodować chorobę lokomocyjną.

Widoki po drodze z Aksum do Adigratu.
Dzień targowy w górskiej wiosce pomiędzy Aksum i Adigratem.

Około godziny 14. przyjechaliśmy do Wukro. Kierowca podwiózł nas pod drzwi naszego hotelu. Zarezerwowaliśmy pokój za 300 Birr za noc bez śniadania w Dibora Hotel. Hotel co prawda nie miał klasycznej recepcji i musieliśmy się zgłosić z naszą rezerwacją do pani kelnerki w restauracji na dole, ale był to pomijalny szczegół zwłaszcza, że przydzielony nam pokój był bardzo dobry. Tego dnia hotel był nieco opustoszały. Wszystko wskazywało, że jesteśmy jedynymi gośćmi. Prąd też wyszedł na spacer. Jak się później okazało w Wukro braki zasilania zdarzały się codziennie od rana aż do zmroku. Nam to zbytnio nie przeszkadzało, ale np., restauracje i sklepy niewątpliwie miały utrudnione życie. Przez to za dnia nie można było dostać dań, które są przyrządzane na elektrycznych sprzętach. Kawa była dostępna, ale tylko w wersji tradycyjnej, bo przygotowuje się ją na węglu drzewnym. Kawa z ekspresu, który jest w każdej, nawet najnędzniejszej etiopskiej spelunie, nie była dostępna za dnia.

Po rozpakowaniu niezbędnych rzeczy poszliśmy na pierwszy obchód Wukro. Tego dnia chcieliśmy jeszcze zobaczyć położony na obrzeżach miasteczka Wukro Cherkos, zapoznać się z dworcem autobusowym i znaleźć biuro informacji turystycznej.

Wukro to rozrośnięta wioska, która wzdłuż szerokiej głównej ulicy chciałaby już być miastem, ale przy bocznych nieutwardzonych uliczkach zdecydowanie jest jeszcze w trakcie planowania i ospałej budowy. Nie ma w tym miejscu żadnego uroku materialnego (oprócz kościoła) i prawdopodobnie próżno byłoby szukać Wukro w ofertach klasycznych biur wycieczkowych. Jest tu jednak sporo romantyzmu zagubionej osady na końcu etiopskiego świata. Można też powiedzieć, że jest to twór przypominający nieco westernowe miasteczko z dzikiego zachodu. Z okien naszego pokoju hotelowego widać było koniec miasta i rozległą prawdopodobnie półpustynię aż po horyzont. W dniu naszego przyjazdu, takie miałem odczucie, byliśmy jedynymi bladymi twarzami w okolicy.



Wukro, kilka przecznic od głównej drogi. Widok z naszego hotelu.

Wukro. Główna ulica.

Pierwsza nasza myśl była taka, że obejrzymy jedynie Wukro Cherkos i czym prędzej, już następnego dnia rano, rezygnując z odwiedzenia innych kościołów w okolicy, wyjedziemy do Mekele. Każdy, kto tu przyjedzie musi mieć bowiem świadomość, że nie ma tu zasiedziałych białych ludzi, a turyści pojawiają się rzadko. Większość z nich korzysta z drogich wycieczek organizowanych w Mekele, Adigradzie albo w Aksum. Z tego powodu podczas przechadzki stanowiliśmy lokalną atrakcję i towarzyszyły nam okrzyki „you, you” albo „faranji”. Trzeba mieć tego świadomość i zaakceptować, przyjechać z touroperatorem albo nie przyjeżdżać tu w ogóle. My wybraliśmy to pierwsze rozwiązanie. Myślimy też, że było to najlepsze wyjście. Warto w takim wypadku nauczyć się słówka „habishat”, które skutecznie ucisza w szczególności dzieciaki albo próbować wejść z humorem z takim krzykaczem w określoną interakcję, np. także wytykać go „you, you” lub wystawić rękę domagając się z uśmiechem pieniędzy.

Wukro Cherkos to najłatwiej dostępny z wszystkich rock hewn churches w Tigray. Kościółek już z zewnątrz wygląda bardzo interesująco. W większości wykuto go z jednej skały i tylko nieznaczna część została tradycyjnie nadbudowana. Wewnątrz znajdują się ciekawe freski. Niestety ich urody i znaczenia w większości trzeba się domyślać, gdyż znajdują się w tragicznym stanie. W tutejszych kościołach po raz kolejny jak na dłoni widać, że Etiopia nie dba o zachowanie swojego dziedzictwa i źródła przychodu. Naszym zdaniem jeszcze kilka lat takich rządów i w Tigray nie będzie już kościołów z freskami. Sprawa wygląda podobnie jak z freskami w Ajancie (Maharashtra), które przetrwały przez ponad tysiąc lat i uległy szybkiemu zniszczeniu niedługo po ich odkryciu w 1839 roku, gdy największe szkody powodowali pierwsi kolonialni turyści z pochodniami. Obecnie są tam widoczne tylko szczątkowe freski w dwóch chyba świątyniach-jaskiniach. Wracając do Tigray trzeba przyznać, że Wukro Cherkos jest bardzo piękny. Nocując w Wukro albo nawet mając choćby dwie godziny postoju warto zobaczyć to cudo. Po powrocie do miasteczka poszliśmy do restauracji. Nadal nie było prądu, co znacznie ograniczyło zakres dostępnych dań z karty. Agnieszka nie mogła zamówić pizzy... Ja otrzymałem swoje zamówienie, czyli injerę z injerą (fasting firfir). Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. Po pewnym czasie przysiadł się do nas właściciel restauracji. Efekt był taki, że po kolacji zostaliśmy zaproszeni do czegoś w rodzaju prywatnego VIP-room, gdzie młoda i piękna żona pana właściciela, nieco przymuszona przez spragnionego kontaktu z faranji męża, takie odniosłem wrażenie, urządziła nam coffee ceremony. Do hotelu dotarliśmy późną i ciemną nocą, która zaczyna się tu ok. 19.00 (13.00 czasu liczonego na sposób etiopski), już w dużo lepszych nastrojach, także co do dnia następnego. W drodze do hotelu samozwańczo asystował nam jakiś chłopiec, który tak bardzo chciał zostać nazajutrz naszym przewodnikiem, że zdołaliśmy się z nim rozstać prawie siłowo dopiero pod drzwiami naszego pokoju. Trochę się martwiłem, że będzie na nas czekał jutro rano przed hotelem. Całe szczęście nie czekał.

Wokro Cherkos. Ksiądz z parafianinem.
Wukro Cherkos.

17 stycznia 2016 r.

Wstęp do każdego kościółka w Tigray to spory wydatek - 150 Birr za osobę. Do tego ksiądz, o ile go znajdziemy, zazwyczaj będzie oczekiwał jeszcze dodatkowej opłaty na usługę klucza i za asystę przy zwiedzaniu kościoła. Między innymi z tego powodu warto z góry zaplanować, które kościoły w Tigray nas interesują. Wszystkich, a jest ich tu bardzo dużo, z jednej strony nie ma sensu oglądać, a z drugiej strony nie wystarczyłoby na to czasu podczas kilku pobytów w Etiopii. Dojście do wielu kościołów wymaga dobrej kondycji i sprawności fizycznej. Dodatkowo w praktyce nie istnieją żadne czytelne oznaczenia dróg prowadzących do zabytków. Zazwyczaj, aby osiągnąć cel trzeba odbyć rodzaj wycieczki górskiej. Czasem trasa jest bardzo trudna, chwilami bywa nawet niebezpieczna. Jest tak np. w przypadku Abuna Yemata Guh. Po lekturze przewodnika i konsultacji z Yemene, o którym będzie poniżej, Agnieszka, choć niejedno już widziała, stwierdziła, że do tego kościoła za żadne skarby świata się nie wybiera.

Z tego powodu pierwotnie założyliśmy, że zwiedzimy, oprócz Wukro Cherkos, tylko trzy kościoły położone najbliżej Wukro, czyli Mikael Milhaizengi, Petros we Paulos i Medhane Alem Kesho. Wszystkie trzy znajdują się w tzw. Takatisfi Cluster i co do zasady można je zwiedzić jednego dnia dojeżdżając do wioski komunikacją publiczną i atakując je „z buta”.

Poprzedniego dnia próbowaliśmy odnaleźć w Wukro biuro informacji turystycznej, ale bez powodzenia. Zostało ono przeniesione do nowego budynku muzeum. Tam zaś nie chciało nam się iść. Woleliśmy zwiedzić kościół. Co ciekawe, gdy wymienialiśmy w banku pieniądze kasjer, który nas obsługiwał podał nam telefon do niejakiego Yemene – swojego znajomego i rzekomo pracownika biura informacji turystycznej. Nie przywiązaliśmy wówczas większej wagi to tej informacji i nie zadzwoniliśmy.

We wszystkich naszych przewodnikach autorzy zawarli bardzo niepokojące informacje odnośnie samotnego zwiedzania kościołów w prowincji Tigray. Głównym „zagrożeniem” ma być wioskowa dziatwa, która ma napastować białasków domagając się mamony, długopisów, względnie cukierków. Jak już wspominaliśmy mieliśmy cukierki. Podobno miały się też zdarzać obrzucania kamieniami ludzi, którzy nie zadośćuczynili takim roszczeniom. Ergo, przewodniki doradzają wynajęcie lokalnego przewodnika, jako gwarancji bezpieczeństwa.

Z tego powodu planowaliśmy umówić się z jakimś chłopcem na miejscu, aby przespacerował się z nami po okolicy. Na dworcu w Wukro znaleźliśmy minibus jadący do Adigratu, którym chcieliśmy dojechać do wioski Dinglet. Wówczas przyplątał się do nas jakiś chłopak, który mienił się „przewodnikiem” i zaoferował swoje usługi. Za całą wycieczkę z nami zażądał 200 Birrów. Stargowaliśmy do 100. Jeszcze w Wukro nasz przewodnik wysiadł i poinformował nas, że teraz zajmie się nami jego przyjaciel, który nie pytając nas o zdanie usadowił się w busiku i już na wstępie stwierdził, że nasz plan zwiedzenia trzech kościołów w Takatisfi Cluster to bardzo dużo chodzenia i zaproponował cenę 250 Birrów za usługę. Nie zgodziliśmy się na podwyższoną cenę. Mimo tego chłopak nie wysiadł z busa. Dodatkowo okoliczności wskazywały, że płacimy też za bilet naszego przewodnika. Po protestach odzyskałem 10 Birr za jeden bilet. Zadziwiające jest przekonanie lokalsów, że faranji nie potrafią liczyć do stu i z ochotą zapłacą za co drugiego pasażera.

Po około 20 minutach jazdy wysiedliśmy z busika i poszliśmy polną drogą w kierunku wzgórz i kryjącego się gdzieś kościoła Medhane Alem Kesho. Szybko okazało się, całe szczęście, że narzucony nam przewodnik jest bardzo fajnym i ciekawym człowiekiem. Jakimś cudem był to ten sam Yemene, którego rekomendowano nam wczoraj w banku. Rzeczywiście był on pracownikiem muzeum i biura informacji turystycznej.

Droga do Medhane Alem Kesho zajmuje ok. 40 minut wolnym krokiem. Szliśmy przez pola i wśród z rzadka rozrzuconych domów. Była susza i nie widać było żadnych upraw. Wprost nieprawdopodobne wydawało się wyżywienie zwierząt gospodarskich, nie mówiąc o ludziach. Końcówka szlaku okazała się być całkiem stromym podejściem na krawędź klifu, gdzie ukrywał się nowy kościółek. Z urwiska roztaczał się piękny panoramiczny widok na okolicę. Położony nieco dalej prawdziwy Medhane Alem Kesho jest malutki i bardzo stary. Podobno jest to najstarszy lub jeden z najstarszych skalnych kościołów w Tigray. Żaden z naszych przewodników jednak go nie datował. Skoro jednak sąsiednia świątynia podobno pochodzi z VIII w. n. e., to ta budowla nie może być młodsza. W środku nie ma malowideł. Są tylko płaskorzeźby. Ksiądz, który dwoma patykami na sznurku otworzył nam drzwi zabezpieczone tajemniczym zamkiem, w środku zapalił osadzony na długim kiju kaganek, abyśmy mogli cokolwiek zobaczyć w ciemności wnętrza. Za kościołem (trzeba obejść mur zewnętrzny z lewej strony) jest źródło z podobno cudowną leczniczą wodą. Ścieżka do źródełka wiedzie nas bezpośrednio nad bardzo wysokim urwiskiem, ale na szczęście roślinność zasłania widok i chroni od ewentualnej palpitacji serca. Kościół i okolica to oazy spokoju, naturalnego piękna i nastroju. Wioska u podstawy klifu jest żywcem przeniesiona co najwyżej z XIX wieku. Potrafi urzec i zasmucić jednocześnie. Przykre wrażenie robi, gdy widzimy jak żyją i pracują tu dzieci. Dla sprawiedliwości trzeba jednak odnotować, że po drodze mijaliśmy całkiem sensownie wyglądającą szkołę.

Niestety nie udało nam się zobaczyć dwóch pozostałych kościółków położonych w Takatisfi Cluster. Obaj księża byli nieobecni. Widać zajmowali się bardziej utylitarnymi czynnościami albo wizytowali duszpastersko kolegów z innych parafii i ich rodziny. W związku z tym przeszliśmy się po okolicy oglądając z daleka Petros We Paulos i Mikael Milhaizengi, a w tym imponującą drabinę, która prowadzi do tego ostatniego po pionowym klifie.

Do Wukro wróciliśmy późnym popołudniem autobusem publicznym, który złapaliśmy na drodze z Adigratu do Wukro. Resztę dnia spędziliśmy na kolacji i przy piwie z Yemene. Postanowiliśmy, że zostajemy w Wukro i następnego dnia razem pojedziemy do położonego w Gheralta Cluster Abuna Abraham Debre Tsion. Umówiliśmy się na telefon o szóstej rano i spotkanie na dworcu pół godziny później. Yemene chciał 200 Birr za jutrzejszą wycieczkę z nami. Dostawa prądu została wznowiona, ale nie mogliśmy się połączyć z internetem. Nie pozostało nam nic innego jak pójść spać.

Medhane Alem Kesho.

Medhane Alem Kesho. Otwieranie zamka.

Medhane Alem Kesho. Widok z klifu na północny zachód.

Postrach autorów naszych przewodników. No po prostu strach się bać.

18 stycznia 2016 r.

Rano zeszliśmy na zamówione dzień wcześniej śniadanie i zaczęły się kłopoty. Na śniadanie czekaliśmy 40 minut i nie obyło się bez ponaglania pana właściciela i jego personelu. Yemene nie odbierał telefonu. Gdy dzień wcześniej żegnaliśmy się on został jeszcze w restauracji u nas w hotelu i podrywał najładniejszą kelnerkę. Wszystko wskazywało, że będziemy musieli sobie radzić sami.

Gdy zbliżaliśmy się do dworca Yemene oddzwonił. Jego głos wskazywał, że nie wie nawet jaki jest rok, nie mówiąc o naszym planie na dzień dzisiejszy. Mimo tego po kilku minutach pojawił się i pojechaliśmy we trójkę następnym autobusem ok. 07.30. Ten pojazd też odpalał tylko na popych. Po około godzinie wysiedliśmy w wiosce Dugem. Tam zaczyna się „szlak” do Abuna Abraham Debre Tsion. Trzeba tu dotrzeć najwcześniej jak to możliwe, gdyż autobusy jeżdżą rzadko i może się zdarzyć, że po południu będziemy mieli problemy z powrotem. Abuna Abraham Debre Tsion jest w liturgicznym użytku, podobnie jak pozostałe tutejsze rock hevn churches, tylko od baaardzo wielkiego święta, co oznacza, że przed przyjazdem wypada sprawdzić, czy ksiądz jest w okolicy.

Droga z wioski i wdrapanie się na płaskowyż zajmuje nie mniej niż godzinę. Gdy zbliżamy się do góry wygląda ona imponująco i niedostępnie. Jednak ścieżka jest poprowadzona bardzo rozsądnie i nawet bez specjalnej górskiej zaprawy bez trudu można sobie poradzić. Widoki po drodze i ze szczytu są przepiękne. Ponownie krajobraz jest rodem z Arizony albo Utah. Cały łańcuch wzgórz Gheralta ozdobiony jest skalnymi kościołami, a w tym chyba najsłynniejszym Abuna Yemata Guh (gdzie nie wolno mi było pojechać...). Kościół Abuna Abraham Debre Tsion jest bardzo ładnie położony. Choć z zewnątrz nie wygląda ciekawie, to interesujące jest jego wnętrze, a w szczególności warte zobaczenia są freski i podział przestrzeni monolitycznymi kolumnami. Po raz kolejny utwierdziliśmy się w przekonaniu, że Etiopczycy nie dbają o swoje dziedzictwo. Gdy np. zapytałem, dlaczego niektóre postacie świętych lub apostołów mają wydrapane oczy albo twarze, podejrzewając, że jest to wynik najazdu ościennych muzułmańskich ludów, ksiądz z pomocą naszego przewodnika wyjaśnili nam, że nic takiego nie miało miejsca. Uszkodzenia, o które pytałem są świeże. Spowodowali je robotnicy instalujący w kościele prąd, którzy nieostrożnie przystawiali drabinę. Ciekawe jak to jest, że lampa błyskowa jest w takim miejscu niedopuszczalna. Można natomiast zdrapać fresk aż do gołej skały przez niedbalstwo robotników. Znaczne uszkodzenia fresków spowodowała tu też wilgoć.


Abuna Abraham Debre Tsion.
Abuna Abraham Debre Tsion. Podejście.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widoki.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widok na pasmo Gheralta.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion.

Abuna Abraham Debre Tsion. Widok z cmentarza.
Resztę dnia po powrocie do Wukro spędziliśmy z Yemene planując, gdzie spędzić Timkat. Za jego radą postanowiliśmy pojechać jutro do Mekele i spędzić tam noc. Alternatywnie mogliśmy złapać popołudniowy samolot do Addis Ababy albo próbować dojechać lądem do Desie albo Woldia.

Reasumując chcę powiedzieć, że nie przypuszczałem, że spędzimy w Wukro łącznie trzy noce i że będę szczerze żałował opuszczając to dziwne miejsce. Nie ma tu turystów i białych prawie w ogóle. Dwie grupy białasków zobaczyliśmy dopiero ostatniego wieczoru w mieście. Jedną grup stanowili Francuzi, którzy zamieszkali na jedną noc w naszym hotelu. Poruszali się wynajętym busem i opuszczali pojazd tylko w celu zobaczenia muzeum i Wukro Cherkos. Nawet kolację zjedli w hotelu i następnego dnia rano odjechali w kierunku Mekele. Druga grupa bladych twarzy to kilka uroczych Angielek w wieku emerytalnym, które widzieliśmy w hotelowej restauracji przy głównej ulicy także dopiero ostatniego wieczoru. Yemene wspominał, że w mieście bywa jakiś Amerykanin. Dzieciaki i podrostki wytykają białych palcami i okrzykują „faranji” albo „you, you”. Niewątpliwie też stanowiliśmy lokalną atrakcję. W jakiś jednak pokrętny sposób polubiliśmy to miejsce i jego mieszkańców, a największą atrakcją nie były wcale mury i malowidła w kościołach, ale dziwność tego miasta dla białego człowieka. Nie możemy też pominąć Yemene, który okazał się być bardzo ciekawym młodym człowiekiem. Niewątpliwie też przewodniki bardzo i w sposób nieuzasadniony przerysowują niebezpieczeństwa prowincji Tigray. Nas nic złego nie spotkało i myślę, że nic nam nie przydarzyłoby się, gdybyśmy szukali kościołów samodzielnie. Co najwyżej nie odnaleźlibyśmy żadnego z nich, bo są bardzo dobrze ukryte. Jest to też jedyna rzeczywista potrzeba umówienia się z jakimś miejscowym chłopakiem, aby pokazał drogę do interesującego nas kościoła i sprawdził, czy na miejscu będzie ksiądz, który nam otworzy świątynię.