Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Addis Abeba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Addis Abeba. Pokaż wszystkie posty

piątek, 14 października 2016

Koniec

28 stycznia 2016 r.

Przylecieliśmy do Pragi punktualnie. Planowaliśmy pozostać tu na jedną noc. Było to sensowne, bo byliśmy nieco zmęczeni, a od domu dzieliło nas jeszcze 550 km jazdy samochodem. Fajnie było by też wykorzystać nadarzający się pobyt w Pradze, aby przespacerować się po mieście, pójść do Fleku i do restauracji. Z drugiej strony bardzo nas już ciągnęło do domu, własnego łóżka i Filemona K. Rzuciliśmy więc monetą jednobirrową, trzykrotnie. Wypadło, że trzeba jechać do domu. Do Krakowa dojechaliśmy bardzo późno. W domu czekał na nas Filek. Jak miło. Od powrotu do Polski minęło już 8 miesięcy i już odliczamy czas do kolejnej wycieczki (21 października 2016r.). Czas był zatem najwyższy, aby ukończyć pisaninę o Etiopii. Teraz tylko jeszcze dodam więcej zdjęć do istniejących postów.

Gdy teraz patrzę wstecz na naszą wycieczkę do Etiopii myślę sobie, że była to bardzo wytrawna podróż. Objechaliśmy spokojnie całą północ kraju z wyłączeniem Danakil Depression i Gór Simien. O przyczynach tych pominięć już pisaliśmy. W szczególności Danakil Depression jest teraz zbyt droga jak na ramy naszego budżetu i konieczne jest wykupienie zorganizowanej wycieczki w Aksum albo Mekele. Fajnie było oglądać kraj nieskażony jeszcze zarazą masowej turystyki. Niewiele takich miejsc już pozostało. Ciekawie jest w szczególności na obszarach wiejskich i w małych miejscowościach. Tam rzeczywiście nie ma obcych i białych w ogóle. Są miejsca, gdzie można poczuć się jak jedyny biały człowiek w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Największe atrakcje kręgu historycznego są godne uwagi. Jeżeli jednak nie jest to nasza pierwsza podróż do tzw. „egzotycznego kraju”, choć my twierdzimy, że takich krajów nie ma, to nawet skarby Lalibeli przyjmiemy bardzo spokojnie.

Czy tu jeszcze kiedyś przyjedziemy? Dziś już wiemy, że formalnie nasza noga postanie na etiopskiej ziemi, choć tylko w Addis Ababie, w październiku i w listopadzie, gdy będziemy lecieli do RPA i przy powrocie z Azji. Myślę, że nie odpuszczę łatwo wyjazdu do Somalilandu, chyba że sytuacja się tu diametralnie zmieni. Może taką podróż będzie można połączyć z odwiedzeniem północnego Sudanu, o czym myślę coraz intensywniej (dzięki mojej wspaniałej przyjaciółce Beacie, która zasiała takie ziarno w mojej głowie już dawno temu; teraz ono zaczyna kiełkować). Taka wycieczka wymagałaby przejazdu przez Etiopię od Gondaru po Harar i Jigja.

Harari boy.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Timkat w Mekele


19 stycznia 2016r.

Rankiem opuściliśmy nasz hotel i poszliśmy szukać lokalu na pożegnalne śniadanie w Wukro. Chcieliśmy usiąść gdzieś na zewnątrz, napić się kawy, skosztować jeszcze soków i zjeść np. shiro albo ful. Z napojami nie było problemu, ale tam gdzie serwowano pyszne soki można było zjeść tylko american style donuats. No cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma.

Na dworcu panowało zwyczajowe zamieszanie. Znaleźliśmy busik jadący do Mekele. Jest ich bardzo dużo. Mekele to duże miasto, położone relatywnie niedaleko, bo tylko ok. 45 km, od Wukro. Najpierw musieliśmy odbyć zwyczajowy targ-kłutnię co do ceny biletów za człowieki i all together with our beckpacks. Droga zajmuje ok. 1 godzinę. Nowy dworzec w Mekele znajduje się nieco poza miastem. W związku z tym konieczne było wynajęcie bajaja na dojazd do naszego hotelu za ok. 40 Birr. Był to Moringa Hotel za 400 Birr za dwójkę z łazienką i śniadaniem. Cenę udało nam się obniżyć z 450 Birr. Ze śniadania, jak się później okazało, nie było nam dane skorzystać. Powodem był czas odjazdu autobusu do Addis - 04.30 nad ranem. W czasie naszego pobytu Moringa Hotel był ukończony do pierwszego piętra włącznie. Na wyższych kondygnacjach, stanowiących tylko betonowy szkielet, trwały regularne prace budowlane. Jest to typowy widok dla Etiopii. Agnieszka podejrzewała też, że była tu możliwość skorzystania z taryfy godzinowej. Ja jednak nie zauważyłem żadnych przedstawicielek najstarszego zawodu na świecie. Przy okazji wypada wspomnieć, że stosunki homoseksualne są tu nielegalne i surowo karane.

Mekele to duże miasto. Znajdziemy tu wszystko co potrzeba. Są nawet sklepy samoobsługowe, choć ze skromnym zaopatrzeniem. Sky Bus i Selam utrzymują stałe połączenia do Addis. Jest też lotnisko. Przebieżkę po mieście zaczęliśmy od wizyty w biurach Selam Busa i Sky Busa. Pilnie potrzebowaliśmy biletów do Addis na następny dzień. Selam miał bilety po 490 Birr i „odjazd” był planowany na 04.30, zaś orientacyjny czas przejazdu to tylko 15. godzin. Sky już wyprzedał wszystkie bilety. Kolejno poszliśmy do biura Ethiopian Airlines. Bilety ze zniżką do Addis kosztowały po ok. 85$. W ich miejsce kupiliśmy tańsze bilety na połączenie lotnicze z Addis Ababy do Dire Dawa (ok. 30 km od Harraru) na pojutrze. Kosztowały po 63$. Z biletami lotniczymi pobiegliśmy z powrotem do biura Selam Busa po bilety autobusowe mając nadzieję, że jeszcze będą dostępne. Całe szczęście były. Sprzedał nam je przeuroczy jegomość, któremu drugi raz tego dnia zakłóciliśmy ostentacyjne dłubanie w nosie w pustawym biurze.

Mekele było kiedyś stolicą państwa. Było to za panowania cesarza Yohannesa IV (lata 70. i 80. XIX wieku). Jest tu i w okolicy kilka atrakcji turystycznych, ale nic na tyle ważnego, aby nas tego dnia zaintrygować. Bardziej interesowało nas, co się wydarzy w związku z Timkatem.

Timkat zastał nas, gdy siedzieliśmy spokojnie w kawiarni przy jednej z głównych ulic. Z daleka wyglądało to jak regularne zamieszki. Tłum ludzi szedł powoli całą szerokością jezdni podskakując w rytmie bębnów, trąbek albo śpiewów i klaskania. Gdy pochód zbliżył się ujawnił swoje pokojowe i świąteczne nastawienie. Procesja nie była jednolita. Dzieliła się na mniejsze grupki z własnymi przodownikami i muzykantami. Każda grała, śpiewała, tańczyła i podskakiwała na własny sposób. Łączył je tylko kierunek marszu i wychwalanie Pana. W tej ciżbie poruszało się także kilka baldachimów pod którymi księża nieśli emblematy religijne. Baldachimy były zaś poprzedzone ekipami żwawo rozwijającymi dywan dla księdza niosącego krzyż, obraz albo kopię arki przymierza. Na końcu inna ekipa równie energicznie zwijała i przenosiła dywan. Całe przedsięwzięcie trochę przypominało procesję na Boże Ciało. Było to jednak dużo bardziej żywiołowe, barwne i radosne. Stopnień rozradowania uczestników można porównać do cotygodniowych pochodów zespołów bębniarzy i tancerzy ulicami starego miasta w Salvadorze da Bahia. Tłum zmierzał w kierunku czegoś w rodzaju łąki, gdzie ustawiony był ołtarz, wybudowano tam też basen do rytualnej ablucji ze spryskiwaczami. Czekaliśmy cierpliwie na dalszy rozwój wypadków. Tego dnia już nic ciekawego się nie wydarzyło. Poszliśmy więc do hotelu. Jutro musieliśmy wstać o morderczej porze, aby zdążyć na Selam Busa.




Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.

Timkat w Mekele.







Moringa Hotel w Mekele.




środa, 13 stycznia 2016

Jezioro Tana

09 stycznia 2015 r.

Rejs i klasztory na jeziorze Tana okazały się sporą klapą. Trzy na cztery zakontraktowane klasztory to kompletna porażka. Do piątego nie pozwolono nam nawet pójść z uwagi na brak czasu.

Pierwszy na trasie naszego rejsu był Entos Eyesu. Klasztor położony jest na maleńkiej wyspie i naszym zdaniem jest zupełnie nieinteresujący. Jest to nowy okrąglak, pokryty blachą falistą z pachnącymi nowością kolorowymi malowidłami w stylu ortodoksyjnym. Jedyną ciekawostką jest to, że jest to jednocześnie męski i żeński klasztor... Cena za wstęp 100 Birr. Naszym zdaniem lepiej jest wydać taką kwotę np. w pijalni soków (wystarczy na 5 pysznych soków i jeszcze na spory napiwek dla kelnerki) albo na rzeczywistą bezpośrednią dobroczynność, która jest bardzo tu potrzebna.

Na drugiej wysepce jest klasztor Keban Gabriel. Wstęp 100 Birr, ale mogą go obejrzeć tylko mężczyźni i wyłącznie z zewnątrz. Kobiety mogą sobie posiedzieć przy mnisim straganie albo pójść do tzw. muzeum za kolejne 50 Birr only.

Trzeci klasztor to Azuwa Myryam położony na półwyspie Zege. Wstęp kosztuje kolejne 100 Birr. Tym razem jednak warto było go zobaczyć, choć 5$ od osoby to słona opłata za wejście. Azuwa Myryam jest drewniany, okrągły i pokryty strzechą. Z zewnątrz jest całkowicie odnowiony. Robotnicy kładą ostatnie wiązki słomy na dachu. Jego wewnętrzna struktura trochę przypominała mi stupy tybetańskie. Nawet zapach w środku był trochę podobny do tego obecnego w buddyjskich świątyniach w Tybecie, choć w klasztorach koptyjskich nie palą się świece z masła z mleka jaków. Wewnętrzne ściany w całości są pokryte starymi, moim zdaniem, nienajgorszymi freskami. Wiele z nich, jak to w chrześcijaństwie, ma tematykę przygnębiającą albo pełną wszelakiego okrucieństwa. Sam środek był zamknięty. Dostępna była tylko jakby galeria pomiędzy zewnętrznymi ścianami i znajdującym się w środku koła "prezbiterium". To właśnie ściany tego prezbiterium są pokryte malowidłami. Przed wejściem obowiązkowo zdejmujemy buty.

Mimo jasnego postanowienia w umowie nie mogliśmy pójść do drugiego klasztoru na półwyspie Zege - Ura Kidane Meret. No cóż, nie chcieliśmy, aby łódka odpłynęła bez nas.

Ostatni klasztor na naszym rejsie to Debre Maryam. Podobno bardzo starożytny (z XIV albo nawet z XII wieku), ale obecnie wymurowany kościół to budowla z surowych betonowych pustaków i poryta blachą falistą. Także Debre Maryam to typowy lokalny okrąglak. Nie inaczej i w tym wypadku cena wstępu to 100 Birr od osoby. Jedynym ciekawym elementem jest tu tzw. muzeum. Pan mnich otwiera na życzenie budkę i na ladzie, jak w sklepiku, prezentuje naprawdę imponujące pergaminowe rękopisy. Mnich jest z nich bardzo dumny, ale sposób zabezpieczenia muzeum, stopień zużycia ksiąg i warunki ich przechowywania wskazują, że nie będą już długo istniały przynajmniej w tym miejscu.

Blue Nile Outlet lepiej jest obejrzeć z mostu na który można się udać pieszo lub tuktukiem z Bahir Daru. Hipopotamów nie zaobserwowaliśmy. W czasie rejsu mija się też spore kolonie pelikanów, ale widzimy je ze znacznej odległości.

Wycieczka na osobę kosztowała 250 Birr (bez wstępów do klasztorów) i trwała ok. 5 godzin. Jeśli ktoś bardzo chce, to sprawę może załatwić bezpośrednio na nabrzeżu omijając wszystkich naganiaczy (nawet tych stojących w drzwiach biura danego "armatora"). Przewodnik radzi, aby wybrać łódkę z silniejszym silnikiem - 40 KM (pozostałe mają nie więcej niż 20 KM, a po południu może wiać spory wiatr i słabsza łódka podobno może mieć problem z powrotem do przystani; te ze słabszym silnikiem, które widziałem wracały bez żadnego problemu), sprawdzić jej stan, liczbę zabieranych pasażerów i ilość kamizelek ratunkowych.

Naszym zdaniem lepiej jest jednak pojechać tylko do klasztorów na półwyspie Zege. Można to zrobić samodzielnie mikrobusem za promil ceny rejsu łódką. Można też przynajmniej w jedną stronę popłynąć publicznym promem. Prom z Bahir Dar odpływa ok. 07.00 z nabrzeża.

Naprawdę nie wiem, co nas podkusiło z tą łódką.

Powyższe nasze doświadczenia tego dnia sprawiły, że musieliśmy pilnie odreagować stres. Skutkiem tego, po powrocie do Bahir Dar, oddaliśmy się kompulsywnemu obżarstwu. Najpierw była obiado-kolacja (Agnieszka zjadła pizzę z kapustą (!), a ja shiro i injerę). Następnie usadowiliśmy się w naszej ulubionej pijalni soków (Agnieszka wypiła kufel soku z awokado, a ja dwa - jeden z mango i drugi ananasowy). Później w ulicznej kawiarni skosztowaliśmy etiopskiego wynalazku ja w wersji lokalnej (buna) Agnieszka w wersji de luxe - macchiato. Spokój nadszedł, gdy w drodze do hotelu skosztowaliśmy nieco ulicznych specjałów.

O 18.30 byliśmy już w hotelu. Następnego dnia o 05.30 mieliśmy umówionego tuktuka na dworzec, a tam miał na nas czekać busik jadący do miejscowości Weldiya. Musieliśmy wysiąść w pół drogi w miejscowości Gashena. Z tego miasta jest już tylko 64 km ziemną i górską drogą do Lalibeli.



Azuwa Maryam
Azuwa Maryam

sobota, 9 stycznia 2016

Tis Abay (Smoke of the Nile)

09 stycznia 2016 r.

Udało się. Wstaliśmy o 05.50. Szybki prysznic i śniadanie. Następnie dworzec i poszukiwanie autobusu do Tis Abay, gdzie są przełomy Błękitnego Nilu.

Pobyt w Bahir Dar, o ile jest dobrowolny, zazwyczaj wiąże się z wycieczką do Blue Nile Falls oraz kilkugodzinnym rejsem łódką po jeziorze Tana i do położonych na półwyspie Zege lub na wysepkach klasztorów. Można to zrobić za pośrednictwem każdego hotelu, dowolnego naganiaczo-pośrednika albo samodzielnie.

W przypadku Tis Abay samodzielność wymaga udania się na dworzec, odnalezienia odpowiedniego autobusu i wejścia do środka. To ostatnie może być najtrudniejsze. Autobus odnaleźliśmy. Wedle rozkładu odjazd miał nastąpić nie wcześniej niż o 02.00 (08.00 czasu liczonego na sposób europejski), ale tylko o ile autobus będzie pełny. O dziwo znalazły się dla nas miejsca siedzące. Bilet w jedną stronę kosztuje 15 Birr.

Takim środkiem lokomocji dawno już nie jechaliśmy. Najbardziej do niego zbliżony był birmański autobus do Ngwe Saung Beach (birmański autobus towarowo-osobowy). Dość powiedzieć, że nasz dzisiejszy środek transportu odpalał tylko na popych. W trakcie jazdy mocno wątpiłem, czy dojedziemy nim do celu, choć to tylko ok. 40 km, ale po ziemnej drodze. Trasę pokonaliśmy w 2 godziny zaliczając zapomniane przez Boga przysiółki i zabierając po drodze wszystkich chętnych.

Tis Abay warte jest zobaczenia bardziej niż same przełomy Błękinego Nilu. W soboty odbywa się tu całkiem duży targ i z całej okolicy ściągają ludzie z różnymi różnościami. Jest targ zwierząt. Jest rękodzieło i wyrabiane ręcznie przedmioty użytkowe. Są także owoce i warzywa oraz niektóre artykuły przemysłowe, np. plastikowe sandały w których chodzi cała uboższa ludność. Co ciekawe w Etiopii nie przyjęły się (jeszcze?) japonki, choć myślałem, że używa ich już cały świat. Najfajniejsze było to, że w ogóle nie spotkaliśmy tu turystów. Tym razem z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że byliśmy jedynymi białymi w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.

Wioska, podobno ok. 5 tyś. mieszkańców, prawie w ogóle nie jest skażona współczesnością. Oczywiście działają komórki, są plastiki, coca-cola i t-shirty. Prawdopodobnie gdzieniegdzie jest także prąd. Kto chce zobaczyć, niech przyjedzie komunikacją publiczną. Nie będzie żałował. Kto nie chce niech nie przyjeżdża w ogóle albo wynajmie klimatyzowany samochód z kierowcą, który z pewnością będzie przekonywał, że białemu człowiekowi, bez specjalistycznej asysty, grozi tu śmiertelne niebezpieczeństwo kiedy tylko postawi obutą sandałem trekingowym stopę w tej abisyńskiej głuszy. Nie jestem pewien, czy skarby Lalibeli przebiją dzisiejsze rustykalne doświadczenie Tis Abay. Ja już żałuję, że nie zostaliśmy tam na noc. Myślę, że jeżeli jeszcze tu kiedyś przyjadę, to naprawię swój błąd i postaram się zrobić plan wycieczki bardziej rustykalny.

Aby udać się do przełomów Błękitnego Nilu najpierw trzeba kupić bilet (50 Birr each). Przewodnik i ogłoszenie przy okienku z biletami zaleca wynajęcie przewodnika. Oczywiście nikt ani nic nikogo tu nie zje, jeśli puścimy się samopas. Wynajęcie przewodnika ułatwi jednak znalezienie drogi, wspomoże lokalną społeczność, której się nie przelewa, i będzie bardzo sympatycznym doświadczeniem, jeżeli trafi się taki przewodnik jak nasz (16. letni Thomas). Zalecana cena za towarzystwo przewodnika, to 100 Birr. Thomas był tak fajny, że poszliśmy jeszcze razem na colę i kawę, a na koniec daliśmy mu 200 Birr.

Wodospad najbardziej imponujący jest zimą, czyli od lipca do września, kiedy przez jego krawędź przetacza się największy przepływ wody. Obecnie wygląda to jak na poniższej fotografii. Najlepiej podsumował to chyba sam Thomas, który - gdy pokazaliśmy mu w telefonie zdjęcia Iguazu - stwierdził, że Blue Nile Falls to tylko prysznic... Podobno ogólnie przepływ wody zmniejszył się dramatycznie po wybudowaniu elektrowni wodnej powyżej uskoku.

Powrót. Autobusik stał na przystanku. Model o nieco lepszej prezencji od poprzedniego. Przed drzwiami czekał tłum. Thomas powiedział, abyśmy poczekali, a on zajmie nam miejsca. Gdyby nie on nie weszlibyśmy do środka, nie mówiąc o zajęciu miejsc siedzących. W czasie odjazdu i aż do połowy drogi autobus był wypełniony ludźmi i towarami w takim stopniu, że można to skwitować tylko analogią do sardynek w puszcze.

Muszę przyznać, że lubię takie swojskie klimaty. Tylko w taki sposób mogę zobaczyć, jak naprawdę żyją zwykli ludzie w danym kraju. Agnieszce podobała się dziś dopiero droga powrotna. Na ile ją znam, to z czasem dostrzeże urok obu naszych dzisiejszych środków lokomocji.

W Etiopii jest sporo broni. W nocy (czyli od ok. 19.00) po miastach krążą patrole z bronią automatyczną. Przed naszym hotelem w Bahir Dar po zmroku stoi boy w płaszczu z antycznym karabinem mausera na ramieniu. Pastuszkowie pilnują swoich zwierząt z AK-47 niedbale przewieszonym przez ramię. Można powiedzieć, że takie śmiercionośne przedmioty są tu traktowane bardzo powszednio, trochę jak parasol. Dobrze to obrazuje sytuacja z naszego autobusu powrotnego z Tis Abay do Bahir Dar. Jechało z nami co najmniej kilku pasażerów z AK-47. Jeden automat wisiał dokładnie nad nami, drugi wpijał mi się w bok, a zwisająca lufa trzeciego opierała się o moją stopę. Jeżeli właściciel takiej zabawki uznawał, że jest mu zbyt niewygodnie, to po prostu przekazywał ją do potrzymania innemu pasażerowi, który miał lepsze miejsce. Przy czym absolutnie nie czułem się zagrożony ewentualnym umyślnym zachowaniem uzbrojonych gentelmanów. Nie były to zresztą żadne zabijaki, ale zwyczajni panowie np. jadący z zakupami w jednej ręce i z automatem w drugiej. Powodem do pewnej refleksji było tylko to, czy wszystkie automaty były przeładowane lub należycie zabezpieczone. Co ciekawe nie pamiętam, aby w moich trzech przewodnikach wspominano o takich dość powszechnych okolicznościach przyrody...

Drugą liczną grupę pasażerów naszego autobusiku do Bahir Dar stanowili prawdopodobnie dealerzy khatu (czy raczej chatu, jak nazywają go miejscowi). Wieźli oni bowiem do miasta całe siatki tej rośliny, która podobno jest tu całkowicie legalna.

My, jako trzecia kategoria pasażerów, też nie byliśmy wcale lepsi. Przez całą drogę nie ustąpiliśmy bowiem miejsca siedzącego żadnej osobie z czwartej kategorii pasażerów, do których należało zaliczyć staruszków i matki z dziećmi na ręku.

Jutro znowu musimy wstać bardzo wcześnie. O godz. 08.00 (o 02.00 czasu etiopskiego) mamy się stawić na przystani. Popłyniemy łódką do klasztorów na jeziorze Tana i do Blue Nile outlet.


  
Czyja ręka, czyja noga, czyj automat AK-47?
W autobusie z Tis Abay.
Przełomy Nilu w styczniu 2016.

piątek, 8 stycznia 2016

Bahir Dar

07 - 08 stycznia 2008 r, tfu... 2016 r.

Przyjechaliśmy do Bahir Dar. Wedle planu mieliśmy tu dotrzeć wczoraj, ale przy śniadaniu w Tele Cafe w Godarze poznaliśmy Monikę i Fryderyka. Mimo pokoleniowej, niestety, różnicy wieku zapomnieliśmy się w rozmowie przy śniadaniu i później przy kolacji tak, że musieliśmy zostać jeden dzień dłużej w Gondarze.

Spotkania z Rodakami za granicą są różne. Najprzyjemniejsze, które pozostają w naszej pamięci, to poznanie Beaty i Ewy w Bagan (utrzymujemy kontakt do dnia dzisiejszego i wierzę, że tak pozostanie), z małżeństwem z małymi dzieciakami podczas trekingu w Patagonii, z Emilką, która zasiedziała się na końcu świata w Puerto Natales (też od czasu do czasu wymieniamy e-maile). Chciałbym też bardzo podtrzymać kontakt z niezwykłymi osobami które poznaliśmy wczoraj. Monika i Frydryk są niewątpliwie wspaniałymi ludźmi z ogromną ciekawością życia i świata, ale także z bardzo realnym postrzeganiem rzeczywistości.

Dlatego wyprowadziliśmy się z Michael Hotel w Gondarze dopiero dzisiaj (pobyt tam kosztował 900 Birr za trzy noce; zapłaciliśmy gotówką, gdyż www.jovago.com to zupełnie niewiarygodna firma, choć po interwencji w banku zwolniona została blokada środków). Tuktuk na dworzec autobusowy to wydatek 15 Birr, a minibus do Gondaru kosztuje ok. 80 Birr za osobę (odchodzi co 30 min.). Przewodnik Brandta mówi o 3,75$, czyli raczej nie przepłaciliśmy zbyt dużo, choć naganiaczy jest na dworcu całe mrowie. Podróż trwa nieco ponad 3 godziny w bardzo intymnych warunkach. Doliczyłem się 16 dorosłych pasażerów, dwóch niemowląt, kierowcy i biletera. Bagaże jechały na dachu. Po drodze busik zatrzymywał się na dwóch policyjnych punktach kontroli (obowiązkowe obmacywanie mężczyzn, z wyjątkiem mnie) oraz w punkcie sprzedaży, jak się okazało, khatu. Nie skorzystałem.

 Zamieszkaliśmy w Blue Nile Hotel. Warunki bardzo przyzwoite. Rezerwację zrobiłem rano przez telefon (przydało się w końcu, że zostałem abonentem ethiotelecom) za 30$ za noc ze śniadaniem (www.jovago.com proponował cenę 46$, a www.booking.com 35$). Cena  obejmuje śniadanie i jest internet działający też w pokoju (przynajmniej w naszym nr 216). Znowu w pokoju typu single, czyli z łóżkiem typu double, był tylko jeden ręcznik. Na prośbę o dodatkowy ręcznik otrzymaliśmy trzy. Nadmienię jeszcze, że w łazience mieszkał malutki karaluszek. Nie przeżył spotkania z moim japonkiem.

Jutro musimy wstać baaardzo rano, aby zdążyć na busika do Tis Abay (Blue Nile Falls).

Injera z dodatkami.

wtorek, 5 stycznia 2016

Reorganizacja

04 stycznia 2016 r.
Doszliśmy do wniosku, że nie damy się  oskubać hotelarzom z Lalibeli. Dlatego znowu pierwsze kroki skierowaliśmy do hotelu Hilton, gdzie mieści się bardzo sprawne biuro Ethiopian Airlines (czynne do 21.00). Chcieliśmy przebukować nasze bilety do Lalibeli na lot do Aksum. Nie było jednak wolnych miejsc. Dlatego postanowiliśmy lecieć jutro do Gondaru.
Z powodu formalności z biletem nie zdążyliśmy zobaczyć Merkato. Trudno. Może będzie jeszcze okazja przy powrocie.
Zdążyliśmy tylko do Katedry Św. Trójcy. Świątynia ta z jednej strony nie zachwyca, ale ma pewną aurę tajemniczości koptyjskiego kościoła. Wnętrze katedry zwiedzamy boso. Czyli jak każdy szanujący się meczet albo świątynie hinduistyczne,  janińskie, sikhijskie, etc . Bardzo mi sie to podoba. W środku w kaplicy po lewej stronie od ołtarza znajdują się masywne sarkofagi cesarza Hajle Selasje i jego żony. Wstęp kosztuje 50 Birr i obejmuje możliwość robienia zdjęć.
Drogę z hotelu Hilton do Katedry pokonaliśmy pieszo spacerując przez nieco biedniejsze dzielnice.
Myślę, że jest sporo podobieństw pomiędzy  Addis Ababa i np. Mumbajem. Choć niewątpliwie każde miasto indyjskie jest intensywniejsze pod każdym względem. Z drugiej strony w Mumbaju mógłbym nawet zamieszkać (choć nie wiem, czy ktokolwiek uwierzy mi w taką deklarację).  Stolica Etiopii, na razie, nie wzbudza we mnie takich zamiarów, ale jestem tu dopiero pierwszy raz.
Czego na pewno brakuje temu miastu to tych pereł, które licznie występują w ogólnym galimatiasie New Delhi, Mumbaju, Agry, Amritsaru, Varanasi...


Katedra Św. Trójcy

niedziela, 20 grudnia 2015

02 stycznia 2016 roku; Addis Ababa

Przylecieliśmy o 07.30 rano. Odbiór bagażu, formalności wizowo graniczne i wyjście z lotniska zajęły nam ok. 2 godzin. Miesięczna visa-on-arrival kosztuje obecnie 50$ trzymiesięczna to koszt 70$. Na lotnisku nie ma opcji double albo multientry. Szkoda, zważywszy na plan wyjazdu do Somalilandu. 

Przed lotniskiem czekał na nas kierowca z Mr. Martin's Cozy Place, gdzie będziemy spać. Gest House jest wylistowany w przewodnikach Brand i Rough Guide. Ma też dobre recenzje na tripadvisor.com. Dwójka z łazienką i śniadaniem to wydatek 33 dolarów. Pokoje są czyste. Łazienki też. 

Koszt odbioru z lotniska to 13 dolarów. Podobnie trzeba zapłacić za taksówkę przedpłaconą na lotnisku. Wybraliśmy transport z naszego gesthausu, gdyż często taksówkarze nie znają bocznych ulic albo położenia tanich hosteli. Dlatego uznaliśmy, że chcemy szybko i sprawnie dostać się na miejsce i położyć do łóżek. Chcieliśmy się choć chwilę szybko przespać, gdyż pierwszego dnia musieliśmy zorganizować dalszą część podróży.

Sky Bus (biuro przy Taitu Hotel) miał dla nas bilety w kierunku Lalibeli dopiero na 06 stycznia. Dla nas zbyt późno, bo droga do Lalibeli zajmuje dwa dni. Przyjechalibyśmy na miejsce już po Gena. Salem Bus (biuro przy Meskel Square) chciał nas wieźć przez Bahir Dar, co też oznacza nie mniej niż dwa dni jazdy i nocleg na trasie. Było to tym bardziej niewygodne, gdyż do tego miasta chcemy przyjechać,  aby obejrzeć przełom Błękitnego Nilu i klasztory na jeziorze Tana, a nie tylko po to, aby zwiedzić dworzec. 

Poszliśmy więc do biura Ethiopian Airlines (Hilton Hotel) sprawdzić, czy obejmie nas promocja biletów dla osób, które przylatują do kraju z narodowym przewoźnikiem. Okazało się, że tak i za bilet w szczycie sezonu płacimy 72$ a nie 199$. Tanio nie jest, ale co najmniej dwa autobusy dalekobieżne i nocleg po drodze też nie byłyby za darmo. Mogę więc powiedzieć,  że nic nie dzieje się bez przyczyny i skasowany lot Turkish Airlines wyszedł nam, na dzisiaj, na dobre.

Gdyby Jacek i Ewa zdecydowaliby się pojechać umożliwiłoby im to zwiedzenie praktycznie całego kręgu historycznego w 2 tygodnie. Może jednak im tego nie powinienem mówić.

Ceny (część pierwsza):
1. Butelka wody (2l) - 15 birr. 
2. Danie w restauracji (wersje wegetariańkie) od około 45-70 birr. 
3. Mała butelka lokalnego piwa w restauracji ok 20-25 birr. 
4. Przejazd taksówką od ok. 100 birr - po lekkich negocjacjach (farangi prices).
5. Przejazd minibus od 1,5 birr. Do tej pory płaciliśmy nie więcej niż 3,50 birr. 
6. Za 1$ płacą 21 birr z lekkim ogonkiem. 

Poniżej sok z mango i z awokado w Bi Zon Bar.